Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/6. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 sierpnia 2012

Ani wampir, ani człowiek...+stosów ciąg dalszy :)

Tytuł oryginału: Winter
Autor: Asia Greenhorn
Wydawnictwo: Dreams
Ilość stron: 454
Moja ocena: 4+/6

Winter, jakże intrygujący tytuł...Po części właśnie dlatego chciałam tę książkę przeczytać. Jednak to nie tytuł całkowicie przekonał mnie do lektury tejże książki. Zrobiła to ciekawa fabuła oraz bajeczna okładka. Ze smutną miną muszę Was niestety poinformować, że książka zawiodła moje oczekiwania, nie jakoś strasznie, ale istnieją takie malutkie minusiki, które zadecydowały o mojej opinii.

Winter Starr mieszka w Londynie wraz z babcią, jej jedyną bliską osobą. Gdy babcia Winter trafia do szpitala w niewyjaśnionych okolicznościach, dziewczyna musi zamieszkać wraz z rodziną zastępczą. Winter jest wściekła, jednak jako niepełnoletnia nie ma innego wyboru. Zamieszkuje w Walii, w małym miasteczku Cae Mefus u rodziny Chiplinów. Okazuje się, że nie jest tak źle. Winter nawiązuje nowe znajomości i powoli zaczyna akceptować myśl, że odtąd to miasteczko jest jej domem. Jednak wraz z przyjazdem dziewczyny w okolicach Cae Mefus dochodzi do tajemniczych ataków. Podczas nocnego spaceru dziewczyna także zostaje napadnięta. Winter bierze sprawy w swoje ręce i zaczyna szukać informacji. Okazuje się, że na pozór spokojne miasteczko skrywa tajemnice o jakich nawet się Winter nie śniło...
Lecz cóż to byłby za paranormal bez miłości. Najstarszy syn Chiplinów, Gareth nie spuszcza z niej wzroku, ale dziewczyna nie odwzajemnia jego uczucia. Oferuje mu przyjaźń. Tymczasem w szkole Winter poznaje zabójczo przystojnego i zagadkowego Rhysa Lewellyna, członka klubu Nyks, stowarzyszenia do którego należą najbardziej tajemniczy uczniowie Cae Mefus. Między Rhysem, a Winter nawiązuje się nić pełna magnetyzmu i namiętności. Oboje dobrze wiedzą, że ich miłość jest zakazana, jednak w obliczu pożądania przestaje mieć to dla nich znaczenie...
Jaką tajemnicę kryje miasteczko? Czy Winter uda się rozwikłać zagadkę? Jaką ona sama odgrywa w tym rolę?  Czy jest gotowa zaryzykować wszystko dla miłości?

Dziewczyna przyjeżdża do małego miasteczka. W tym właśnie miasteczku dochodzi do tajemniczych ataków. W szkole poznaje grupę piękych i tajemniczych uczniów. Zakochuje się z wzajemnością w jednym z nich. UWAGA SPOJLER! (On jest wampirem). Hola, hola! Czy to nie brzmi znajomo? Tak, tak to już znamy z pewnej innej książki. Bardzo znanej, chyba wiecie o, którą mi chodzi. Oczywiście o "Zmierzch" Stephanie Meyer. Podobieństw jest wiele, ale gdybym miała wybierać to mój wybór padłby na "Winter". W "Winter" mamy silną główną bohaterkę, ciekawszą fabułę oraz przede wszystkim przygodę! Ale to jednak "Zmierzch" był pierwszy...

Winter Starr jest postacią, której nie sposób nie polubić. Jest odważna, silna, a przede wszystkim sama bez niczyjej pomocy stara się dotrzeć do źródła prawdy. Męskie charaktery także pochwalę, bo Rhys jest naprawdę interesujący, a Gareth w niczym mu nie ustępuje. Oczwiście jest też czarny charakter, a kto to jest okazuje się dopiero na samym końcu. Jako, że jestem bardzo podejrzliwa domyśliłam się już wcześniej i niestety mnie to nie zaskoczyło :(

Z zakończenia, które było ciekawe i wkurzające zarazem wywnioskowałam iż jest to powieść jednotomowa, jednak pewne pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi, a są one bardzo dobrym materiałem na kontynuację!

Po raz kolejny wydawnictwo Dreams się popisało, bo "Winter jest naprawdę cudownie wydana! Bajeczna, cudowna i magiczna okładka przyciąga wzrok. Rozdziały są krótkie, a litery duże co tylko ułatwia i przyspiesza lekturę. Mimo tego tak jak w przypadku "Lokatorki Wildfell Hall" nie potrafiłam się wciągnąć. Owszem wydarzenia są ciekawe, jest dużo dialogów, a opisy są prawie niezauważalne, ale lektura szła mi topornie...

Podsumowując, nie jest to literatura wysokich lotów, fabuła nie jest niepowtarzalna, a bohaterowie nie są jedyni w swoim rodzaju. Jednak mimo tego myślę, że warto jest tę książkę przeczytać, choćby i dla samej przygody, dla dreszczyku emocji i dla odkrycia tajemnicy jaką skrywa Cae Mefus...

Za możliwość poznania "Winter" serdecznie dziękuję wydawnictwu:



Książkę nabyć możecie także na:


O matko, to naprawdę robi się straszne. Wiedząc, że mam 30 książek do przeczytania kupuję następne! To się nazywa nałóg :) Ale od teraz koniec z tym, bo i tak już jestę bankrutę, a oto moje zdobycze:


Stos po lewej:
Głównie są to wydania kieszonkowe takie jak "Rok 1984" Orwella, który znajdował się w moich priorytetach czytelniczych, "Marina" oraz "Gra anioła" Zafona, upatrzone na fincie "Wyznania gejszy" oraz "Little Woman"  Louisy May Alcott w oryginale.

Środkowy stosik:
Znajduje się tu "Misja na czterech łapach" od wydawnictwa Illuminatio za którą serdecznie dziękuje! Pozostałe ksiązki to "Zatruty tron", prezent imieninowy od Anity, dziękuję! "Nadciąga burza" to z kolei prezent od taty, "Dotyk Julii", książka o której swego czasu było bardzo głośno. "Żelazny król" oraz "Żelazna córka" za które razem zapłaciłam 32 zł w Matrasie, a takiej okazji grzechem byłoby nie wykorzystać! "Strąceni" to z kolei efekt wymiany z Abigail.  A "Pomiędzy światami" zostało kupione spontanicznie, tylko dlatego, że miałam ochotę coś kupić.

Stosik po prawej:
"Imię wiatru" jako, że miałam ochotę na dużą dawkę fantastyki w czystej postaci. "Cień wiatru" pozycja obowiązkowa każdego mola książkowego! "Oro" od wydawnictwa Marginesy, zaczęłam czytać i zapowiada się ciekawa lektura :) Oraz "Blondynka", którą wyhaczyłam u Mery i która bardzo mnie zaintrygowała.

Ok, to by było na tyle. Gorąco was pozdrawiam!

Blueberry








środa, 18 lipca 2012

Nadszedł czas zombie...



Tytuł oryginału: Warm Bodies
Autor: Isaac Marion
Wydawnictwo: Replika
Ilość stron: 308
Moja ocena: 4/6

Wampiry, wilkołaki, anioły tak, tak to już znamy...I część z nas ma już tego po dziurki w nosie. Ale zombie? Hmm...zombie brzmią ciekawie. Tak więc postanowiłam przeczytać "Ciepłe ciała", a oto i moja opinia...

"Jestem martwy, ale to nie jest takie złe. Nauczyłem się z tym żyć. Przepraszam, że nie mogę się właściwie przedstawić, ale już nie mam imienia. Mało który z nas je posiada. Moje mogło zaczynać się na "R", ale to wszystko co wiem."

Co się stało ze światem? Jaka katastrofa zmieniła część ludzi w zombie? Nikt tego nie wie, nikt nie pamięta...R jest jednym z chodzących martwych. Globalna katastrofa zabrała mu wszystko-uczucia, wspomnienia, puls, a nawet imię, globalna katastrofa zmieniła go w potwora. Wraz z innymi zombie R mieszka na lotnisku. Aby przeżyć muszą polować na Żywych. Zjadając mózgi żywych, zombie przejmują ich wspomnienia.  Podczas pewnego wypadu na "obiad" R znajduje Julie. Julie jest, a raczej była dziewczyną chłopaka którego mózg zjadł R. Postanawia on zabrać dziewczynę na lotnisko i ocalić ją przed śmiercią. Ta znajomość na zawsze odmieni dalsze losy świata...

Pierwsze co rzuca się w oczy na okładce to rekomendacja pani Stephanie Meyer, której nie trzeba przedstawiać. I z przodu i z tyłu możemy przeczytać baaardzo, ale to bardzo pozytywne opnie autorów różnych książek. Ale jak dla mnie są one odrobinkę przesadzone, jednak to tylko moja indywidualna opinia...


R jest zaskakująco ludzki jak na zombie, ale jednak od początku do końca pozostał mi całkowicie obojętny. Nie sprostał moim oczekiwaniom, że tak powiem. Postać Julie natomiast przypadła mi do gustu, ale jak dla mnie za bardzo przeklinała, a ja wulgaryzmów na papierze bardzo nie lubię. Skoro o tych wulgaryzmach mowa to ogólnie w książce było ich dużo, może nawet za dużo.

Sama historia jest naprawdę intrygująca. Jest to "Fascynująca ewolucja klasycznego, współczesnego mitu". Jak to powiedział aktor Simon Pegg o tejże książce. Niby zabawna, ja tego humoru nie dostrzegłam. Poruszająca owszem, ale nie wzruszająca. Czy wciąga? Otóż to. Czy określiłabym powieść mianem wspaniałej? Jak widać po ocenie-nie. Powieść określam mianem dobrej, gdyż jest to książka o której zapomnę w bardzo krótkim czasie, a i czytać drugi raz nie mam ochoty. Jednak historia miłości zombie i żywej dziewczyny z pewnością zasługuje na pozytywną ocenę.

Były niekiedy takie momenty, że brało mnie obrzydzenie. Ataki zombie na żywych, dokładnie opisane pożywianie się ludźmi i inne okropne tego typu zdarzenia.

Książka jest bardzo ładnie wydana, każdy rozdział poprzedza rysunek przedstawiający różne części ciała człowieka. Okładka jest dość ładna. Pióro autora jest bardzo proste w odbiorze, łatwość i lekkość czytania ułatwia świetna czcionka.

Macie ochotę na post apokaliptyczną opowieść o miłośći? Macie ochotę na opowieść o zombie? Macie ochotę na lekki, łatwy i przyjemny odmóżdżacz? Śmiało sięgajcie!

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu:

--------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ostatnio przeżywam kompletny zastój. W ogóle nie chce mi się czytać. I to akurat w wakacje kiedy mam na to czas! Pogoda okropna, już wolałam te upały... Siedzę w domu i się nudzę, na myśl o czytaniu coś mnie bierze, ale to minie, a przynajmniej taką mam nadzieję...

  
Blueberry

czwartek, 7 czerwca 2012

"Gwiezdny pył" Neil Gaiman


Tytuł oryginału: Stardust
Autor: Neil Gaiman
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 196
Moja ocena: 4/6

Za górami, za lasami w niewielkim angielskim miasteczku graniczącym z magiczną krainą, żyje Tristran Thorn. Jest dość nietypowym dzieckiem, gdyż wraz ze swoimi narodzinami "dziedziczy" po ojcu dar Pragnienia Serca. Chłopak jest zakochany w pięknej Victorii, która jednak nie odwzajemnia jego uczucia. Podczas nocnej pogawędki dostrzegają spadającą gwiazdę. Victoria aby pobawić się uczuciami Tristrana obiecuje mu swą rękę w zamian za dostarczenie jej gwiazdy. Chłopak bierze wszystko na poważnie i wyrusza w niesamowitą podróż do magicznej krainy w której wszystko jest możliwe. Jednak nie tylko on pragnie gwiazdy. Jej tropem podąża zła czarownica, która pragnie serca gwiazdy dla siebie i swoich sióstr, ale też i trzej królewscy synowie, którzy walczą o władzę. Podczas swej wędrówki Tristran spotyka niesamowitych ludzi i stworzenia, krótko mówiąc odbywa podróż swego życia...

Jako wielbicielka wszelkiej fantastyki sama nie wiem dlaczego dopiero teraz sięgnęłam po książkę autorstwa Neila Gaimana. Ale jak to mówią lepiej później niż wcale. "Gwiezdny pył" mnie oczarował, mimo iż nie był jakiś rewelacyjny.

Rok, bądź dwa lata temu na święta Bożego Narodzenia, w telewizji puścili film o tym samym tytule. Już same nazwiska takie jak: Robert de Niro, Michelle Pffeifer czy Sienna Miller zachęcają do obejrzenia filmowej adaptacji. I teraz po przeczytaniu książki z przykrością stwierdzam, że film był o wiele lepszy od powieści. Zdarza się to naprawdę rzadko, ale jednak. Książkowe zakończenie tej współczesnej baśni było nudne i nijakie, natomiast filmowe-świetne! Postaci przedstawione w książce są bezbarwne (no może poza kapitanem i czarownicą), a w filmie podobały mi się wszystkie bez wyjątku. Tak więc film jest naprawdę godny uwagi.

Baśniowy świat roztaczający się za Murem jest bajeczny! Możemy tu spotkać wiele magicznych stworzeń takich jak chociażby jednorożce, które według pana Gaimana są synami księżyca. Każda z postaci jest na swój sposób magiczna(oprócz Tristrana, który jest po prostu idiotą). Jak już wcześniej pisałam, postaci nie są fenomenalne, ale magii nie można im odmówić.

Te 200 stron mija nam niespodziewanie szybko, no bo ile to jest? Dwie godziny czytania i po sprawie. Ale zaraz, zaraz! To nie są dwie zwykłe godziny. To dwie godziny w magicznym świecie, w którym można być zakochanym tak bardzo, aby przynieść swej ukochanej gwiazdkę z nieba i to nie w znaczeniu przenośnym...

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jak zwykle któtka notka na koniec :)

W weekend byłam w kinie na filmie The Avengers. Jestem fanką postaci z Marvela, dlatego była to dla mnie pozycja obowiązkowa. Wrażenia niesamowite, gorąco polecam! Warto się wybrać choćby i dla fenomenalnego Roberta Downey Jr. w roli Iron Mena.


Jutro zaczyna się Euro i jako, że mam w rodzinie zapaleńców futbolowych wybieramy się na mecz otwarcia, no jestem ciekawa jak to będzie...

Blueberry



sobota, 26 maja 2012

"Niezgodna" Veronica Roth

Tytuł oryginału: Divergent
Autor: Veronica Roth
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 352
Moja ocena: 4+/6

Po sukcesie odniesionym przez bestsellerową trylogię "Igrzyska śmierci" na książkowym rynku zaczęło pojawiać się więcej książek z antyutopijną wizją przyszłości. Uwielbiam takie książki, no bo czyż nie chcemy choć trochę poznać przyszłości? Dowiedzieć się jak mogłoby być? "Niezgodna" jest właśnie taką wizją okrutnej przyszłości.

Na ruinach miasta Chicago społeczeństwo dzieli się na pięć frakcji-Altruizm, Nieustraszoność, Erudycja, Prawość i Serdeczność. Każdy szesnastolatek musi przejść test wyboru, który zadecyduje do której frakcji będzie odtąd należeć. Naszą główną bohaterkę-Beatrice Prior  poznajemy w dniu w którym odbędzie się jej test predyspozycji. Wynik jest przerażający. Dziewczyna jest Niezgodna, co oznacza, że łączy w sobie cechy kilku frakcji, a takie osoby są likwidowane przez rząd. Beatrice wychowana w Altruizmie w którym panują surowe zasady co do wyglądu, zachowania,pragnie się z niego wyrwać, a jednak czy jest w stanie zdradzić swą rodzinę? Czy jest gotowa na życie pełne wrażeń jakie niesie frakcja Nieustraszonych? Podczas ceremonii wyboru Beatrice decyduje o swojej przyszłości. Wstępuje do Nieustraszonych i zmienia się w odważną, waleczną Tris. Ale czy przetrwa krwawe szkolenie? Czy są inni Niezgodni? No i czy w nowym, brutalnym życiu Tris jest szansa na miłość?

Zapowiada się ciekawie prawda? Otóż to, ale co z tego jeśli w książce jest masa błędów stylistycznych i gramatycznych. Co z tego jeśli większość bohaterów to przeciętne charaktery nie wyróżniające się niczym szczególnym. Jednak w tej książce jest zdecydowanie więcej plusów niż minusów, a o tych plusach teraz.

Po pierwsze sama fabuła jest świetna. Społeczeństwo podzielone na pięć frakcji, kłótnie pomiędzy przedstwicielami poszczególnych frakcji, które mogą doprowadzić do czegoś o wiele gorszego niż zwykła sprzeczka. Zasady obowiązujące mieszkańców frakcji, mogłabym wymieniać i wymieniać, ale tylko zepsułabym wam zabawę :)

Po drugie ciekawa główna bohaterka. Tris jest z natury buntowniczką, jednak ma w sobie coś z Altruizmu. Jest niebanalna i dość interesująca. Co się jednak tyczy pozostałych bohaterów to nie można ich zaliczyć do ciekawych. Są przeciętni. Natomiast nie można powiedzieć tego samego o wrogach naszej bohaterki. Nie mogę zapomnieć o Cztery, który jest postacią niezbyt interesującą, za to bardzo tajemniczą. Już same jego imię-Cztery nas zastanawia, no bo dlaczego akurat Cztery?

Książka ta ma bardzo specyficzny klimat, jednym się spodoba, drugim niekoniecznie. Mi podobał się bardzo. Opisy miejsc są na tyle długie, aby nie zanudzić czytelnika, a przedstawić wszystko co warte uwagi. Każda frakcja ma swoją sferę mieszkalną, w której panują określone warunki. Krótko mówiąc jest bardzo ciekawie.

Zakończenie było świetne! Wydarzyło się tyle rzeczy, tyle spraw wyszło na jaw, że na drugą część czekam z niecierpliwością.

Okładka jest dość przeciętna. Symbol na niej przedstwiony to godło Nieustraszonych. Od razu przywodzi na myśl płonącego kosogłosa na filmowej okładce książki "Igrzyska śmierci". Reszta okładki jest wypełniona tyloma fragmentami pozytywnych recenzji i przechwałek, że nie wiadomo na co teraz spojrzeć. Mnie to na przykład irytuje. Po co tyle tego? Choć myślę, że wszyscy wiemy po co tyle tego...

Podsumowując książka jest dobra, ale nie świetna, dość ciekawa, ale nie wystarczająco. Krótko mówiąc- ciekawe czytadło na jeden wieczór.


Wczoraj u nas w szkole odbyła się noc filmowa, było genialnie! Dawno się tak nie ubawiłam. Zdecydowanie więcej rozmawiałam niż oglądałam i zdrzemnęłam się tylko na 15 minut. Jedyny film, który obejrzałam od początku do końca to "Jestem legendą" ze znakomitą rolą Willa Smitha. Gorąco polecam!


Blueberry

piątek, 11 maja 2012

"Bałamutka" Liz Carlyle



Tytuł oryginału: Wicked all day
Autor: Liz Carlyle
Wydawnictwo: Bis
Ilość stron: 408
Moja ocena: 4-/6

Patrząc na okładkę, od razu nasuwa się myśl-typowy romans. I niestety w tym temacie nie mogę dodać nic więcej, bo taka jest prawda. Ale może teraz trochę o fabule.

"Już od najmłodszych lat wiedziała, że jest inna. Żyła w świecie podzielonym na wysoko i nisko urodzonych, ale na nieszczęście nie należała do żadnej z tych grup."

O kim mowa? Otóż o naszej głównej bohaterce, a mianowicie pannie Zoe Armstrong-bałamutce, kokietce, zalotnicy, która uwodzi, flirtuje i kpi ze swoich adoratorów. Zoe jest bogata i  piękna co tylko pomaga jej łamać męskie serca. Niestety nie należy do wysoko urodzonych, czyli arystokracji, gdyż jest nieślubną córką markiza. Jednak jej posag przyciąga kolejnych adoratorów i łowców fortun gotowych wyjść za nią tylko dla pieniędzy. Zoe natomiast pragnie wyjść za mąż z miłości, a nie obowiązku. Na pewnym przyjęciu zostaje przyłapana w dość krępującej sytuacji ze swym dalekim kuzynem lordem Robertem, przez jego starszego brata Stuarta Mercera, do którego Zoe zaczyna coś czuć...

"Bałamutka" to pierwszy typowy romans jaki miałam okazję kiedykolwiek przeczytać. Dlatego ciężko jest mi stwierdzić czy jest udany. Ocenę wystawiłam na podstawie własnych wrażeń.

Postaci są dość ciekawe. Szału nie ma, ale polubiłam główną bohaterkę, choć z początku wydawała mi się głupią kokietką, która dla rozrywki łamie męskie serca. Jeśli mam wybrać między Robertem, a Stuartem, to wybieram hmm, hmm, hmm...chyba Stuarta. Jest on ciekawą postacią skrywającą swą prawdziwą twarz pod maską obojętności i zimna.

Co do samej fabuły to niewiele się dzieje, jednak książka jest napisana płynnym, ciekawym i prostym w odbiorze językiem, co sprawia, że lektura mija nam niedamowicie prędko. Nie zauważyłam żadnych błędów stylistycznych, czy gramatycznych.

Podsumowując:
"Bałamutka" nie jest literaturą wysokich lotów, ale miłą odskocznią od nauki i sprawdzianów. Cieżko jest mi stwierdzić, ale jest to raczej typowy romans. Ale dałam tą 4, za Anglię, przyjemny klimat i te kilka godzin ciekawej rozrywki.

Za możliwość zapoznania się po raz pierwszy z romansem serdecznie dziękuję wydawnictwu:

Wczoraj mieliśmy szkolną wycieczkę do Warszawy na spektakl pt. "Alladyn" w teatrze Roma. Do tej pory jestem nim całkowicie oczarowana. Myślałam, że jestem już na to za stara, a bawiłam się wspaniale. Świetna choreografia, genialne efekty specjalne jak latający dywan nad głowami widzów, wspaniała muzyka, świetna obsada! Gorąco polecam :)
Blueberry


piątek, 30 marca 2012

"Córka czarnoksiężnika" Catherine Coulter




Tytuł oryginału: Wizard's Daughter
Autor: Catherine Coulter
Wydawnictwo: Bis
Ilość stron: 464
Moja ocena: 4/6

Co byśmy zrobili gdybyśmy któregoś razu odkryli istnienie magii...Bylibyśmy przerażeni, szczęśliwi, zaskoczeni czy obojętni? A gdybyśmy odkryli istnienie magicznej krainy, Krainy za Ostrokołem? Nicholas Vail, Rosalinda i Grayson Sherbrooke wpadają na trop właśnie takiej krainy, ale cóż z tego wyniknie...

Czytając opis na stronie księgarni Bis wiedziałam, że to książka dla mnie. No, bo cóż my tu mamy: Anglię przygodę, ciekawie zapowiadającą się fabułę, a przede wszystkim magię. Ale wróćmy do początku tej historii.

Ryder Sherbrooke znajduje dziewczynkę. Pobitą, biedną dziewczynkę. Ona jednak nic nie mówi. Lecz po pół roku zaczyna śpiewać niesamowitą pieśń. Któż nie byłby zdziwiony? Dziecko nic nie pamięta poza swoim imieniem: Rosalinda. Po paru latach Nicholas Vail młody, tajemniczy hrabia bez grosza odnajduje młodą Rosalindę i wraz z przybranym bratem dziewczyny, na festynie w Hyde Parku otrzymują starą, dawno zaginioną księgę opowiadającą o magicznej Krainie za Ostrokołem.



Książka zapowiadała się niezwykle obiecująco. Jednak zbyt dużo nazw stworów zamieszkujących Krainę mocno dała się we znaki. Teraz po głowie krążą mi nazwy takie jak: Czarny Lasis ( nie tylko czarny jest jeszcze brązowy, czerwony), Tiber, Smoki znad Jeziora Sallas itp. Co za dużo to nie zdrowo. Do minusów zaliczyć mogę także to, że czytanie owej powieści niesamowicie mi się dłużyło. Momentami odrywałam się od rzeczywistości i lądowałam w Krainie za Ostrokołem, mometami jednak ziewałam, przysypiałam i traciłam ochotę na czytanie. Powodem chyba jest to iż moje myśli wciąż błądzą wkoło "Kosogłosa". Oczywiście wątek miłosny także występuje, a mianowicie między Nicholasem Vailem i Rosalindą. Z przykrością stwierdzam iż żadna z postaci nie zdobyła mojego serca. Byly jakieś takie nijakie. Rosalinda chyba najbardziej przypadła mi do gustu.

Teraz, żeby zrobiło się trochę przyjemniej powiem o plusach. Do plusów zdecydowanie mogę zaliczyć sam pomysł. Kraina za Ostrokołem kojarzyła mi się z krainą bodajże Fillory z książki Lva Grossmana "Czarodzieje", (która klapą jest totalną), ale pani Coulter opracowała to zdecydowanie ciekawiej. Kolejnym plusem jest także język, którym powieść jest napisana. Od razu trafia do odbiorcy i jest łatwo przyswajalny. Mnie powieść nie zachwyciła, ale zasługuje na uwagę.

Podsumowując jeśli macie chęć na sporą dawkę fantastyki i przygody w jednym nie krępujcie się, sięgnijcie!

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu:




sobota, 3 marca 2012

"Grzesznicy i święci" Michael Seed

Tytuł oryginału: Sinners and Saints
Autor: Michael Seed
Wydawnictwo: PROMIC
Ilość stron: 354
Moja ocena: 4+/6



Uwierzcie mi zrecenzowanie tej książki jest dla mnie nie lada problemem. Nie czytam książek w pewnej mierze religijnych i nie wiem od czego zacząć. Nie mniej jednak postaram się napisać składnie, a to nie będzie takie łatwe.

Michael Seed jeden z najbardziej znanych duchownych Anglii, znany także z książki "Dziecko niczyje" w której opisuje swoje trudne dzieciństwo postanowił podzielić się z nami czytelnikami swoimi znajomościami, przeżyciami z między innymi z Księżną Dianą, Królową Elżbietą, Tonym Blairem byłym premierem Wielkiej Brytanii czy Ann Widdecombe. Wiele z osób opisanych w "Grzesznikach..." przeszło na katolicyzm. Michael Seed opisuje także swoją pracę w Katedrze Westminsterskiej, wydarzenia i ludzi których tam spotkał. Dla niektórych książka może wydawać się kontrowersyjna, dla mnie była po prostu zabawna:

"Siedziałem w środku i słuchałem spowiedzi, kiedy nagle przez otwartą górę konfesjonału wleciała płonąca świeca, która wylądowała mi na kolanach (…). Wyskoczyłem ze swojego miejsca i zobaczyłem nagą osobniczkę z garścią płonących świec w ręku".

Ten cytat jest z rozdziału poświęconego dla, że tak powiem wariatów jakich ksiądz Seed miał okazję (bo na pewno nie przyjemność) spotkać w katedrze Westminsterskiej. A następny cytat, który mnie rozbawił to gdy kardynał Basil Hume krzyczał przejeżdżając koło siedziby Margaret Tchatcher :

 "Od czasu do czasu, kiedy przejeżdżaliśmy koło wylotu Downing Street, ojciec kardynał Hume opuszczał szybę, potrząsając pięścią w powietrzu i wołał (…): Gośka precz! Gośka precz!".

Wiele innych przezabawnych( i nie tylko) można w tej powieści znaleźć. Jedyne co na prawdę mną wstrząsnęło to wizyta księdza Seeda w nocnym klubie. Owszem na początku było to zabawne, ale potem naszła mnie myśl czy tak się zachowują księża?! Nie bez powodu ojciec Michael Seed nazywany jest "księdzem gwiazd".

Książkę czyta się łatwo i przyjemnie, niekiedy jednak nudziłam się na dłuższych opisach, nie zmienia to  faktu, że można się nieźle uśmiać, a język jakim powieść jest napisana bardzo przyjemny.

Zdecydowanie polecam tym, którzy mają ochotę się uśmiać i spędzić parę miłych chwil razem z księdzem na herbatce u królwej :)

Za możliwość przeczytania "Grzeszników i świętych" serdecznie dziękuję wydawnictwu:


piątek, 10 lutego 2012

Koniec końców

Tytuł: "Dziedzictwo tom 2"
Autor: Christopher Paolini
Ilość stron: 496
Wydawnictwo: MAG
Moja ocena: 4/6

Wreszcie nadszedł ten wyczekiwany koniec końców. Zakończenie mojej ukochanej serii, część w której wszystko się stanie, wszystko to co ciągnęło się przez pozostałe cztery części. Niestety po raz ostatni zanurzyłam się w krainę Alagaesii. Ciekawi? To zapraszam.

Po zdobyciu Dras-Leony Eragon, Saphira i Glaedr wyruszają do Krypty Dusz w której zgodnie z przepowiednią kotołaka Solembuma mają szukać pomocy. Jednak nie jest to bezpieczne wyjście, ponieważ po porwaniu Nasuady Eragon zostaje nowym przywódcą Vardenów. Co tam znajdzie
(w Krypcie Dusz), tego nie zdradzę, ale jak dla mnie to był niezły szok! Nasuada znajduje się w Urubaenie i jest torturowana przez niby szalonego Galbatorixa, bo jak dla mnie to on nie był szalony i okrutny tylko nudny i próżny. Pocieszenie dziewczyna znajduje w na prawdę intrygującej postaci czyli Murtaghu.

No więc powiem tak: spodziewałam się czegoś o niebo lepszego, no bo to przecież uwieńczenie cyklu. Poniekąd się zawiodłam, ale jednak magia była. Sporo zawodu mnie spotkało przy mojej ukochanej Angeli, Paolini nic o niej nie wspomniał! Nie było żadnych wzmianek o jej przeszłości, nic, a nic ;( Pojawiła się w dwóch scenach...nie no może w trzech. Kolejny zawód był w postaci "szalonego króla" liczyłam na to, że on jest na prawdę niespełna rozumu. Następnie Roran, całe dnie spędzałam na wymyślaniu tortur dla tego bohatera. A on cóż przepraszam, że zaspojleruję wyszedł bez szwanku ;( Końcowa bitwa miała swój urok, lecz na niej także się zawiodłam, no i największy minus Arya. Nic więcej nie napiszę aby nie spojlerować, przeczytacie, zobaczycie.

Teraz może o plusach. Nie było ich za wiele, ale jednak. Pierwszy z nich to Krypta Dusz. Niezły szok, aż krzyknęłam: "o matko!". Kolejny to wyjaśnienie zagadki w postaci zielonego smoka Następnie, bardzo podobał mi się słowniczek, ale gdzie jest mapa ja się pytam!? Mimo, że przez większość książki kompletnie nic się nie działo to jednak wkraczając do Alagaesii nie miałam zamiaru jej opuszczać. Pobeczałam się na końcu, mówicie co chcecie ostatnio ryczę coraz częściej. Dopiero po zakonczeniu dotarło do mnie, że to już koniec. Koniec przgód Eragona i Saphiry, koniec czekania na kolejne częsci, po prostu koniec końców.

ps. Pocieszeniem jest fakt, że w podziękowaniach Paolini pisze, że być może wróci  kiedyś do przygód Eragona, bo zakończenie było...sami zobaczcie ;)

Informuję, że niestety nie przebrnęłam przez Pratcheta i jego "Wiedźmikołaja", doszłam do wniosku, że to nie książka dla mnie i jeśli mam się nad nią męczyć to lepiej żebym w ogóle nie czytała.

czwartek, 19 stycznia 2012

"Dziedzictwo tom I"-Christopher Paolini



Tytuł: "Dziedzictwo tom I"
Autor: Christopher Paolini
Ilość stron: 448
Wydawnictwo: MAG
Moja ocena: 4/6

"Historia, która rozpoczęła się od "Eragona"...kończy się "Dziedzictwem"

"Dziedzictwo" jest czwartą częścią "Eragona", podzieloną na dwie. Właśnie to podzielenie ostatniej części na dwie jest jednym z minusów powieści. Na "Dziedzictwo" czekałam ze dwa lata i jakaż była moja frustracja gdy dowiedziałam się, że znów muszę czekać, jednak ku mojemu szczęściu tom II pojawi się w najbliższych tygodniach.

Jak w poprzednich częściach tytułowy Eragon, smoczy jeździec przygotowuje się do ostatecznego starcia z Galbatorixem, które nastąpi dopiero gdy wraz z Vardenami dotrą do Urubaenu twierdzy,potężnego króla. Zdobywając kolejne miasta Algaesi Vardeni są coraz bliżej, ale wciąz brakuje pożywienia, żołnierze są zmęczeni i zniechęceni,a w takim stanie od razu są na przegranej pozycji...
Eragon się nie załamuje i ćwiczy, szermierkę, zaklęcia, próby skontaktowania się z Glaedrem, a raczej z Eldunari starego smoka. Stresu dostarcza także ciągłe zagrożenie ze strony Murthaga i jego smoka Ciernia i sojuszników którzy w każdej chwili gotowi są odmówić walki.

No więc jestem bardzo zawiedziona. Z serii którą uwielbiałam, wraz z kolejną częscią stawała się serią kompletnie mi obojętną. Pierwszą część czytałam jednym tchem, kolejne trochę mnie zawiodły, ale jednak czekałam, czekałam, czekałam... na tą ostatnią w której wszystko się stanie, rozwiąże. I czego się doczekałam?! Niczego ciekawego, oryginalnego, zaskakującego.

Akcja jak zwykle rozwinęła się dopiero na ostatnich kartach powieści, co także należy do minusów, ponieważ, że tak powiem połowę ksiązki( zwłaszcza częśc o Roranie) "przespałam". Ostatnie strony są niezmiernie interesujące i nie mogę się doczekać drugiego tomu, ale dlaczego tylko te ostatnie?

 Do ciekawych wątków mogę a nawet powinnam zaliczyć także postać Angeli. Zielarka od początku była postacią intrygujacą i tajemniczą tak na prawdę niczego o niej nie wiemy, a bardzo chcę poznać jej przeszłość.

Roran, o nie tylko nie on. Kuzyn Eragona  jest postacią tak irytujacą i bezbarwną, że gdy tylko widzę rozdział o nim mam ochotę go ominąć i przeskoczyć jak najdalej. Ze zwykłego wieśniaka zrobiono bohatera na wielką skalę, wielkiego Rorana Młotorękiego. Paolini powinien dać sobie z tym spokój, gdyż z tego co się orientuję bohater ten ma więcej wrogów niż wielbicieli.
Postać Eragona się rozwija i to bardzo zwykły wiejski chłopak staje się bohaterem i to nie w negatywnym przypadku jak u Rorana, ale pozytywnym. Postaci tej nie da się nie lubić tak jak Saphiry, jego smoczycy. Liczyłam, a raczej czekałam na wątek miłosny, Eragon/Arya, ale się nie doczekałam, mimo iż elfka nareszcie zaczęła okazywać jakieś emocje w stosunku do głównego bohatera.
Trudno, nie zawsze ma co się chce i mimo mojej sympatii do poprzednich części nie poczułam już tego klimatu, tej atmosfery. Czegoś zabrakło...