Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/6. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 września 2012

"Mój tydzień z Marilyn" Colin Clark

Mój tydzień z Marilyn - Colin Clark
 
Tytuł oryginału: My week with Marilyn
Autor: Colin Clark
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 192
Moja ocena: 5/6
 
"Ta książka ma opisać cud-parę dni z mojego życia, w czasie których sen się ziścił, a moją jedyną zasługą było to, że nie zamknąłem oczu."
 
Tą blond panią na okładce chyba wszyscy kojarzą. Najsławniejsza blondynka świata, którą do niedawna postrzegałam jako wyuzdaną, kapryśną, typową gwiazdkę Hollywoodu. Ale jak to ze mną bywa, sama nie wiem dlaczego bez żadnego wyraźnego powodu nagle zmieniłam zdanie. Postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej o Marilyn Monroe. I tak oto w moje ręce wpadł "Mój tydzień z Marilyn", najpierw film, potem książka. Ale jestem w pełni usatysfakcjonowana, bo film zarówno jak i wersja papierowa nie zawiodły moich oczekiwań(choć do jednego mogę się przyczepić, dla mnie Michelle Williams, nie była ani trochę podobna do Marilyn).
 
Jest rok 1956, Colin Clark zaczyna pracę jako trzeci asystent reżysera przy filmie "Książe i aktoreczka" z udziałem dwóch wielkich gwiazd: Marilyn Monroe oraz Laurence Oliviera. Po przyjeździe MM do Anglii odkrywa ona, że jej mąż Arthur Miller jest nią szczerze rozczarowany. Jakby tego było mało, jej filmowy partner Olivier traktuje ją protekcjonalnie, a ekipa filmowa uważa za pustą lalkę. Opuszczonej, samotnej i załamanej gwieździe chce pomóc Colin i udaje mu się to. Między dwojgiem całkowicie obcych sobie ludzi tworzy się niezwykła więź...
 
Dzięki tej książce poznałam prawdziwą twarz Marilyn Monroe, dostrzegłam, że była zagubioną, nieśmiałą, małą dziewczynką, a nie pustą blondyneczką o bujnych kształtach. Colin Clark przedstawia bardzo wiarygodny portret MM, pokazuje jak bardzo świat show biznesu potrafi zniszczyć wrażliwy charakter.
 
Książkę czyta się po prostu błyskawicznie. Duże litery, mnóstwo dialogów i praktycznie brak opisów. Lektury z pewnością nie nazwę lekką, łatwą i przyjemną, gdyż jest to historia, która chwyta za serce, historia pełna smutku, pokazująca jak bardzo pozory mogą mylić...
 
Książkę tą jak i wiele innych możecie nabyć w:
 
------------------------------------------------------------------------------
 
Strasznie chaotyczna mi ta recenzja wyszła, ale cóż po wyjeździe trochę się odzwyczaiłam od pisania opinii. Na dniach możecie spodziewać się garstki wspomnień z wakacji :D Zostawiam was z piosenką z bajki, która skradła moje serce i życzę powodzenia w nowym roku szkolnym :)
 
 
Blueberry
 
 
 

sobota, 18 sierpnia 2012

Siła psiej miłości+informacja

Tytuł oryginału: A dog's purpose
Autor: W.Bruce Cameron
Wydawnictwo: Illuminatio
Ilość stron: 304
Moja ocena: 5+/6

Pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. To zdanie zna chyba każdy, a każdy kto psa posiada na pewno wie, że jest to czysta prawda. Ja psa posiadam i nie wyobrażam sobie naszego domu bez jego obecności. Dlatego niezmiernie się ucieszyłam na wieść iż mam okazję przeczytać "Misję na czterech łapach"!

Nasz główny bohater jest psem oczywiście. Przychodzi na świat wraz z bratem i siostrą jako kundelek. Nie należy do nikogo, dlatego niedługo po swych narodzinach zostaje zabrany do schroniska, gdzie dostaje swe pierwsze imię-Toby. W wyniku pewnych zdarzeń Toby zostaje uśpiony i ku swemu zdziwieniu odradza się ponownie, tym razem jako piękny golden retriver. Trafia do ośmioletniego chłopca, który nadaje mu imię Bailey. Bailey wiedzie szczęśliwe życie w rodzinie, która bardzo go kocha. Spełniony, odchodzi i...po raz kolejny przychodzi na świat. Mimo tego, że ma nowych właścicieli w kolejnych wcieleniach dalej pamięta Ethana, chłopca, który uczynił go najszczęśliwszym psem na świecie. Postanawia go odnaleźć, gdyż podejrzewa, że tak właśnie wypełni swą misję. Czy mu się uda, czy odnajdzie drogę do przyjaciela?

Naszym narratorem jest nie kto inny jak Bailey oczywiście. Przedstawia nam świat widziany ze swojej perspektywy co dostarcza nam duużo śmiechu, ale i wzruszeń. Sama nie wiem czemu, ale właśnie podczas lektur książek o psach wzruszam się najbardziej. "Marley i ja" to książka na którą zużyłam masę chusteczek, na "Misji na..." także płakałam jak głupia, co tu dużo mówić kocham psy! Stopniowo zagłębiając się w lekturę zastanawiałam się czy mój pies tak jak książkowy Bailey, poniekąd rozumie nasze rozmowy, wyłapuje emocje, komentuje pewne sytuacje. Zaczęłam mu się bacznie przyglądać( moje obserwacje nadal trwają).

Masz psa? Miałeś, chcesz mieć? Jeśli tak to koniecznie sięgnij po tę książkę. Dostaniesz wieczór pełen wzruszeń, śmiechu oraz chwili refleksji. Nie jest to książka tylko dla miłośników psów. Jest to książka dla każdego, kto tylko ma ochotę na lekturę mądrą, ujmującą i pełną ciepła.

Za możliwość dążenia do wypełnienia misji wraz z Bailyem serdecznie dziękuję wydawnictwu:

-------------------------------------------------------------------------------------
Jutro wyjeżdżam wreszcie na wakacje! Nie mogę się doczekać! Dlatego informuję iż od dnia 19 do dnia 31 nie będę w stanie zaglądać na wasze blogi. Po powrocie nadrobię wszystkie zaległości! A więc
CHORWACJO PRZYBYWAM!

środa, 15 sierpnia 2012

Czy pozwolisz by ORO Cię zaczarował...?

Tytuł oryginału: ORO
Autor: Marcel A. Marcel (pseudonim)
Wydawnictwo: Marginesy
Ilość stron: 344
Moja ocena: 5/6

Patrząc na opis fabuły i okładkę "Ora" raczej niewiele można wywnioskować. Ale jednak jest w tej książce "coś" co przekonało mnie do jej lektury. O książce pierwszy raz usłyszałam od mamy. Powiedziała mi, że usłyszała o niej w Trójce. Zainteresowałam się tą książką, poczytałam kilka recenzji(czasami niezbyt pozytywnych), dowiedziałam się kim tak naprawdę jest Marcel A. Marcel. I w końcu nadarzyła się okazja aby poznać "Oro" i zobaczyć o co tutaj chodzi...

Bohaterka "Ora" Lena ma 13 lat i mieszka w Domu Dziecka. Jako niemowlę została oddana do kołyski życia. Teraz ma trafić do kolejnego domu. Jest tym zaskoczona, gdyż wcześniejsze próby jej adopcji kończyły się powrotem do przytułku. Nikt jej nie akceptował, a ona sama twierdzi, że przynosi pecha. Jej nowi rodzice jednak bez względu na opinie wcześniejszych rodzin, postanawiają adoptować Lenę. Od tej pory dziewczynka mieszka wraz z nową mamą Wandą i nowym tatą Romanem oraz ich dziećmi: roztrzepną Iskrą, ponurym Arnoldem, otyłą Cienką, cierpiącym na zespół sawanta Memorym i Okiem przeuroczym dzieckiem, który wtyka nos w nie swoje sprawy. Lena jednak nie umie się w tym nietypowym domu odnaleźć. I wtedy pojawia się on...Oro, chłopak, którego widzi i słyszy tylko ona. Dzięki niemu Lena zmieni swój pogląd na rzeczywistość diametralnie...

Fabuła brzmi naprawdę świetnie! Jest oryginalna i pełna magii. Pozytywnie nastraja do życia. Aż chce się czytać. Możecie uwierzyć mi na słowo. A ile "Oro" dostarcza nam emocji! Od radości, przez zniesmaczenie do smutku.

Największym atutem tej powieści są zdecydowanie bohaterowie! Największą przyjaźnią obdarzyłam Iskrę. Dziewczynkę mającą ADHD, która nie może ustać w miejscu, wszystko psuje i ma burzę rudych loków. Polubiłam też Cienką, która mimo porządnej nadwagi w pełni akceptuje swój wygląd i niczego nie owija w bawełnę. Oko jest za to przezabawny! Mimo tego, że jest strasznie wścibski i na swój sposób denerwujący to nie można go nie polubić! Każdy bohater zasługuje na choć trochę uwagi. Nie mogę oczywiście zapomnieć o tytułowym bohaterze. Oro to jedna z tych postaci, które trafiają do szuflady "wyjątkowe". Nie sposób go opisać. Trzeba poznać go samemu i ocenić. Mnie oczarował.

Nie obyło się jednak też bez zniesmaczenia. Zniesmaczenia na widok takich zwrotów jak: faken sziten, jumadafaka, ekzaktli i innych tego typu spolszczonych zwrotów z języka angielskiego. Nie jest to ani zabawne, ani przyjemne dla oka. Widząc takie wyrażenia szlag mnie jasny trafiał!

W książce możemy znaleźć ilustracje wykonane przez Krzysztofa Ostrowskiego, które są cudne po prostu! Przyjemnie się na nie patrzy. Czcionka mimo tego, że nie jest za duża nie spowalnia lektury. Co więcej idzie nam ona błyskawicznie! Styl autorek także można pochwalić. Jest lekki, nie ma tu trudnych zwrotów, a dialgów mamy całą masę! Okładka podoba mi się, jest inna w porównaniu do tych jakie na sklepowych półkach często się widuje.

Cóż mogę jeszcze powiedzieć aby was zachęcić? Naprawdę gorąco polecam tę książkę. Oro może was wiele nauczyć, możecie nawiązać nowe przyjaźnie i odnaleźć prawdziwą magię...

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu:


Blueberry





poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Szalona rodzinka!

Tytuł oryginału: Familie Pompadauz. Das pupsende Hangebauchschwein.
Autor: Franziska Ghem
Wydawnictwo: Dreams
Ilość stron: 208
Moja ocena: 5/6

Biorąc tę książkę do ręki pierwsze o czym pomyślałam to, czy nie jestem aby za stara na tą książkę? No dobra 14 lat to nie tak dużo, ale nie ukrywam, że miałam co do niej wątpliwości. Nie mogłam się bardziej mylić :)

Mamy rok 1912, August Pompadauz jest właścicielem hotelu Piękne Chwile. Hotel ten zamieszkuje mnóstwo niezwykłych postaci. Podczas wielkiej nawałnicy, nie wiadomo dlaczego, hotel wraz z jego mieszkańcami przenosi się 99 lat w przyszłość! Nikt nie umie wyjaśnić zaistniałej sytuacji. Dawne, stare, kochane Rippelpolde zmieniło się nie do poznania. Nad miastem górują kominy fabryczne, a jego mieszkańcy chodzą rozebrani jak do rosołu! Kasmiranda córka właściciela hotelu, Jonni  "piekielna ręka" jej najlepszy przyjaciel wraz z Melusine, córką gości hotelu postanawiają zrobić wszystko aby powrócić do swoich czasów. Jednak nie zdołają zrobić tego sami. Ku własnemu szczęściu poznają Milforda syna właściciela fabryki kiełbasy. Podczas własnego śledztwa i poszukiwań dzieci odkrywają tajemnicę jaką skrywa niby nieszkodliwa fabryka kiełbasy...

Sama nie wiem od czego zacząć, może od tego, że "Rodzinka Pompadauz" była dla mnie naprawdę wielkim zaskoczeniem! Spodziewałam się lektury dla dzieci podczas której wynudzę się jak mops i jeszcze nie będę wiedziała jak ją zrecenzować. Nic  bardziej mylnego! Dostałam trochę ponad dwieście stron lektury do której jeszcze pewnie nie raz wrócę, dostałam dwie godziny wspaniałej rozrywki podczas której uśmiałam się po pachy! "Rodzinka Pompadauz" to książka naprawdę wyjątkowa.

Największym plusem tej powieści są zdecydowanie bohaterowie. Od Kasmirandy wielbicielki tortur i egzekucji, poprzez zabawnego posterunkowego Knorpla, na cesarzowej Ingeborg czyli tytułowej "purkającej świni z obwisłym brzuchem" kończąc. Co tu dużo mówić, wszyscy mieszkańcy hotelu Piękne Chwile są świetni!

Słysząc słowa podróże w czasie, ma się ochotę nucić : "ale to już było...". Czym mogą nas jeszcze te podróże zaskoczyć? Otóż mogą i to wieloma rzeczami, wystarczy przeczytać "Rodzinkę Pompadauz".

Książka jest przepięknie wydana. Grzechem byłoby o tym nie wspomnieć. Twarda okładka, świetne ilustracje, czytelna czcionka, czego chcieć więcej?

Podsumowując, polecam. Gorąco polecam, gdyż jest to idealna lektura na wakacje. Tak więc zapraszam w podróż do zakręconego świata rodzinki Pompadauz :)

Za możliwość odwiedzenia Rippelpolde serdecznie dziękuję wydawnictwu:


Blueberry



poniedziałek, 30 lipca 2012

Tajemnica Wildfell Hall...

Tytuł oryginału: The Tenant of Wildfell Hall
Autor: Anne Bronte
Wydawnictwo: Mg
Ilość stron: 544
Moja ocena: 5/6

Z angielską klasyką, a zwłaszcza z książkami sióstr Bronte jest tak, że obojętnie po jaką powieść bym nie sięgnęła zawsze, ale to zawsze ta lektura trafi na półkę "ulubione" oraz pozostawi po sobie ślad w moim sercu. Bez wyjątku! Tak było z "Jane Eyre", tak było z "Shirley" i tak jest z "Lokatorką Wildfell Hall".

"Trzeba nam się cofnąć do jesieni 1827."

Pierwsze zdanie i już jestem oczarowana, już wiem, że lektura "Lokatorki..." dostarczy mi wielu wrażeń i niezapomnianych emocji, już wiem, że jestem w miejscu i czasie, które kocham najmocniej czyli Anglii XIX wieku...

Do dworu Widfell Hall wprowadza się ona, Helen Graham, kobieta owiana aurą tajemniczości. Młoda, piękna, skryta, unikająca kontaktu z ludźmi. Jakież poruszenie powoduje jej obecność, zwłaszcza dlatego iż jest wdową mieszkającą wraz z synkiem bez obecności mężczyzny. Wszyscy są oburzeni jej niezależnością i wyzwoleniem. Jednak Gilbert Markham bardziej niż zszokowany, jest zaintrygowany nową sąsiadką. Postanawia poznać ją bliżej. Jednak jego zaloty są pani Graham kompletnie obojętne. Wdowa widzi w nim przyjaciela, nie zalotnika. Pewnego dnia kobieta pozwala Gilbertowi na lekturę swojego dziennika, w którym kryją się odpowiedzi na wszystkie pytania, które nurtują młodego dżentelmena...

Po przeczytaniu opisu fabuły, mój wujek stwierdził iż musi to być mocno feministyczna powieść. Po części muszę przyznać mu rację, jednak była to raczej powieść, którą określę mianem wyjątkowej. Jak już wywnioskowaliście z opisu, jest to opowieść o kobiecie walczącej o niezależność, o kobiecie uciekającej od nieszczęśliwej przeszłości, o kobiecie niepowtarzalnej, o kobiecie tajemniczej.

Helen Graham to charakter którego się nie zapomina. Artystka, a konkretnie malarka, zdeterminowana, inteligentna, odważna, z duszą samotnika. To przez co przeszła sprawiło, że w jej młodym ciele została uwięziona stara, doświadczona, dojrzała dusza. Kolejnym intrygującym charakterem jest pan Huntingdon. Ma niepowtarzalną osobowość i choć pozytywną postać bynajmniej nie jest, to zasługuje na uwagę.

Powieść napisana jest w formie listu od Gilberta Markhama do swego przyjaciela. Występuje tu narracja pierwszosobowa początkowo  z punktu widzenia pana Markhama, później podczas lektury dziennika z punktu widzenia pani Graham. Osobiście wolałam gdy narratorką była Helen. Wydarzenia przez nią prezentowane były bez porównania ciekawsze od tych serwowanych przez Gilberta.

Minusem było to, że nie potrafiłam się w "Lokatorkę..." wciągnąć. Nie potrafiłam się zatracić w lekturze jak to było w przypadku książek Charlotte Bronte. Przeczytałam kilka stron i odkładałam, odczekałam parę minut i znowu, i tak w kółko...Jej lektura zajęła mi naprawdę sporo czasu.

Wszystkie siostry Bronte miały naprawdę wyśmienity kunszt pisarski. Ich książki to opowieści niepowtarzalne, które zawsze pozostawią jakiś znak. Mimo, że nie ma tu wartkiej akcji, a książka nie wciąga to jednak zawsze zachwyca bohaterami, krajobrazami oraz lekkością pióra. Jest to książka w sam raz na deszczowe dni jakie aktualnie w Białymstoku panują...

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu:


-----------------------------------------------------------------------------------------------------

Świetne wakacje, nie ma co...Jak już się ładnie zrobiło to oczywiście musiały nastać przygnębiające, ponure dni...
W piątek byłam w kinie na Prometeuszu, reżysera Ridleya Scotta uwielbiam za Gladiatora. Mimo, że film mnie nie zachwycił, to jednak urozmaicił piątkowy wieczór. Charlize Therone była naprawdę świetna!

A teraz piosenkę, która śniła mi się kilka nocy pod rząd!

Blueberry

piątek, 13 lipca 2012

Podróż wgłąb historii Poza Czasem...

Tytuł oryginału: Shadows on the moon
Autor: Zoe Mariott
Wydawnictwo: Egmont
Ilość stron: 448
Moja ocena: 5/6

Od jakiegoś czasu przeżywam fascynację kuturą Japonii. Gejsze, tradycje, przeszłość trgo kraju, wszystko to niezmiernie mnie interesuje. Gdy tylko zobaczyłam okładkę "Cieni na księżycu"  wiedziałam, że jest to książka, którą  muszę przeczytać jak najszybciej. Tak więc zapraszam, zapraszam w magiczną podróż do kraju kwitnącej wiśni...

Życie Suzume było całkowicie normalne, dopóki nie nadszedł TEN dzień. TEGO dnia zdarzyło się coś co zmienia życie Suzume diametralnie. Do jej domu bez żadnego wyraźnego powodu wtargnęło wojsko. Jak się okazuje aby wykonać egzekucję na ojcu dziewczyny. Podczas starcia z wojskiem ginie nie tylko ojciec Suzume, ale i jej najbliższa przyjaciółka. To ogromny cios dla dziewczyny. Udaje jej się uciec z pomocą starego służącego który uświadamia dziewczynie iż posiada ona niezwykłe umiejętności. Uciekając spotyka matkę, która nie była obecna podczas walki. Ale nie była też sama. Towarzyszył jej Terayama, przyjaciel ojca Suzume. Gdy Terayama dowiaduje się o tragicznych wydarzeniach postanawia udzielić schronienia matce i córce. Jak się okazuje, nie była to pomoc bezinteresowna. Zamieszkanie w domu Terayamy jest dopiero początkiem nowego życia dziewczyny, życia pełnego zemsty, nienawiści oraz miłości...

„Miłość nadciąga jak burzowe chmury,
Ucieka przed wiatrem i rzuca cienie na Księżyc.”

Insiparcją autorki do stworzenia tej historii była bajka o Kopciuszku. Jednak denerwowało ją, że kopciuszek jest fajtłapą. Postanowiła stworzyć kopciuszka odważnego. I oto jest nasza główna bohaterka. Dzięki narracji pierwszoosobowej, możemy naprawdę dobrze poznać Suzume. W miarę czytania powieści obserwujemy zmiany jakie zachodzą w dziewczynie, patrzymy jak dorasta, jak się zmienia. Doświadczamy tych samych emocji co ona, od nienawiści po miłość. Jedyne co mi się w niej nie podobało to skłonności do samokaleczania. Nie cierpię tego i brzydzę się tym...

Akcja ku mojemu zdziwieniu nie toczy się w Japonii. Rozgrywa się w krainie wymyślonej przez autorkę, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo gdzie. Ale ten brak informacji dobrze oddziałowuje na naszą wyobraźnię. Widać, że pani Mariott poświęciła sporo czasu aby poznać kulturę Japonii, bo jej wpływy w "Cieniach na księżycu" są baardzo dobrze widoczne. Każdy szczegół jest idelanie dopracowany. W naszych głowach widzimy te cudne kimona, czujemy zapach herbaty parzonej przez gejsze...

Nie mogę nie wspomnieć o niezwykłym darze Suzume. Dziewczyna jest tkaczką cieni. Potrafi tkać iluzje, co jest bardzo przydatne w niektórych sytuacjach.

Podczas swej podróży główna bohterka spotyka niezwykłych oraz niekiedy kontrowersyjnych ludzi, zmienia imiona, ucieka, odnajduje samą siebie, spotyka swą drugą połowę, realizuje plan zemsty by w końcu dotrzeć na Księżycowy Bal,  na którym rozegra się finał tej niezwykłej opowieści...

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

A teraz jak zwykle ostatnio, zostawiam was z piosenką :)

Blueberry

wtorek, 26 czerwca 2012

Iście tajemnicze drzewo...



Tytuł oryginału: Juniper Berry
Autor: M. P Kozlowski
Wydawnictwo: Esprit
Ilość stron: 280
Moja ocena:  5+/6

Pogoda jest piękna. Słońce świeci, ptaki śpiewają, a na niebie nie ma ani jednej chmury... Siadam na huśtawce i już... odleciałam, nie ma mnie...zagłębiam się w historię jedenastoletniej Juniper Berry. Historię niesamowitą i...

Któż z nas nie chciałby mieć sławnych, bogatych rodziców. Niczego by nam nie brakowało, mielibyśmy wszystko co dusza zapragnie. Jednak istnieje też ciemna strona życia w blasku jupiterów. Juniper Berry nasza główna bohaterka dobrze o tym wie. Odkąd jej rodzice stali się sławnymi na całym świecie aktorami, w ogóle nie mają czasu dla dziewczynki. Juniper brakuje ich bliskości, ciepła i wspólnie spędzonych chwil. Jest samotna i czuje się odrzucona.. Nie dość, że "straciła" rodziców, to jeszcze jest odizolowana od reszty świata. Nie chodzi do szkoły, nie ma kolegów, koleżanek z którymi spędzałaby czas. Ale pewnego dnia dziewczynka poznaje Gilesa, chłopca mieszkającego w sąsiedztwie, a co ważniejsze mającego ten sam problem z rodzicami co ona. Juniper zaprzyjaźnia się z chłopcem. Razem chcą odkryć dlaczego ich rodzice stali się pozbawieni jakiegokolwiek ludzkiego odruchu. Kluczem do rozwiązania zagadki staje się okropne drzewo rosnące w ogrodzie posiadłości Juniper i czarny kruk...

Marzenia bywają niebezpieczne...

Patrząc na okładkę spodziewałam się zupełnie czegoś innego, nie, nie zaraz, ja w ogóle nie wiedziałam czego się spodziewać. Byłam do tej książki dość sceptycznie nastawiona sama nie wiem dlaczego. Otóż zupełnie niesłusznie! Historia dziewczynki potwierdza wszystkim nam dobrze znane stwierdzenie, że pieniądze szczęścia nie dają. Pokazuje, że życie w blasku fleszy nie jest tak świetne jak nam się dotąd wydawało. Uświadamia jak niebezpieczne mogą być marzenia.

Z naszą główną bohaterką zaprzyjaźniłam się od razu. Jest odważna, rezolutna i inteligentna, jak na swoje jedenaście lat wyjątkowo dojrzała psychicznie. Giles, hmm...Giles jest na swój sposób ciekawy. Raczej na długo go nie zapamiętam.

Czcionka jest duża i czytelna, prosta w odbiorze. W środku możemy znaleźć cudne ilustracje zaprojektowane przez Edwarda Madrida. Okładka także należy do moich ulubionych. Już ona sama oddaje klimat powieści.

Mimo iż książka jest skierowana do młodszych czytelników, wpasuje się w każdy gust. Jest jedną z takich powieści, które trafiają do odbiorcy bez względu na wiek.

„Pokusy będą towarzyszyć nam zawsze, gdziekolwiek się w życiu udamy i cokolwiek będziemy robić.”

Wspaniały cytat prawda? Idealnie oddaje przesłanie powieści!

"Juniper Berry" to wspaniała książka ukazująca ludzkie wady, a także zawierająca elementy fantastyczne takie jak magiczna kraina rozpościerająca się pod powierzchnią ziemi, wystarczy tylko odnaleźć tajemnicze przejście prowadzące przez iście tajemnicze drzewo i wkroczyć do świata w którym za cenę własnej duszy możemy spełnić swe największe marzenia....

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu:


Blueberry

środa, 20 czerwca 2012

Gdzieś tam w Fellsmarchu...


Tytuł oryginału: The Demon King
Autor: Cinda Williams Chima
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 560
Moja ocena: 5/6

Gdzieś tam w Fellsmarchu żyje Han Allister. Do niedawna złodziej i herszt gangu Łachmaniarzy. Na jego barkach spoczywa obowiązek utrzymania matki i młodszej siostry. Jednak Han ma pewien przedmiot, którego chce się pozbyć. Są to bransolety, których za żadne skarby nie może zdjąć. Stąd właśnie jego pseudonim-Bransoleciarz. Pewnego dnia wraz ze swym najlepszym przyjacielem Tancerzem podczas polowania spotykają trzech magów. Właśnie tego dnia w ręce Hana wpada magiczny i tajemniczy amulet. Chłopak jest zupełnie nieświadomy tego czego posiadaczem się stał...

Gdzieś tam w Fellsmarchu żyje Raisa ana' Marianna. Następczyni tronu Fells. Dziewczyna jest niezwykle podekscytowana, ponieważ zbliża się święto jej imienia. Jednak Raisa nie jest zachwycona perspektywą wyjścia za mężczyznę wybranego przez matkę. Ma dość życia pod kloszem. Jej wzorem jest legendarna królowa Hanalea, która uratowała świat przed Królem Demonem. Tymczasem na zamek  powraca Amon dawny przyjaciel dziewczyny.

Przeznaczenie sprawiło, że losy tych całkiem odmiennych bohaterów( Hana i Raisy) nagle postanowiły się spleść. A dlaczego i w jakim celu, sprawdźcie sami...

Może zacznę od tego, że fantasy uwielbiam. "Król Demon" jest bardzo dobrym przykładem tego typu literatury. Mamy magiczną krainę, bohaterów nie z tej ziemi i ciekawą fabułę. Czego chcieć więcej?

Pierwsze spojrzenie na książkę i myślę sobie "matko jaka cegła!". Otóż mimo ok. sześciuset stron czytanie tej książki idzie jak burza. Samą mnie to zaskoczyło! Fabuła jest niezwykle ciekawa. Wszystkie te intrygi  i knowania czarnych charakterów są niezwykle interesujące. Książka nie przypomina żadnej innej. Jest oryginalna i to właśnie czyni ją wyjątkową. Losy dwóch bohaterów "Króla Demona", bo to na nich skupiona jest główna uwaga, są ciekawe i wciągają nas bez reszty. Nie mogłam się od niej oderwać! Bohaterowie nie są postaciami jakich się spodziewałam i powiem, iż trochę się zawiodłam. Jednak nie zmienia to faktu, że poznawanie Raisy bardzo mnie zainteresowało. Han jest postacią po trochu denerwującą. W jednej chwili jestem nim oczarowana by w następnej zwyzywać od idiotów.

Cinda Williams Chima ma bardzo lekki i przejrzysty styl pisania. Wszystko jest jak najbardziej zrozumiałe. Udało jej się wykreować jedyną w swoim rodzaju magiczną krainę-Siedem Królestw. W Siedmiu Królestwach wszystkie legendy stają się prawdą, a niepozorny chłopak może okazać się kimś bardzo potężnym...
Okładka jest śliczna! Totalnie fantasy.

-------------------------------------------------------------------------

Bardzo przepraszam za brak komentarzy, jednak skończyła mi się umowa z internetem i tylko pobieżnie korzystam z komputera taty bądź mamy.

Wakacje już tuż, tuż...

A Was zostawiam z piosenką, która mnie oczarowała i pochodzi z baaardzo znanego i jednego z moich ulubionych filmów z genialną Audrey, której nikomu nie trzeba przedstwiać :)


Blueberry

piątek, 1 czerwca 2012

Śmiertelna Odyseja...



Tytuł oryginału: Across the Universe
Autor: Beth Revis
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Ilość stron: 392
Moja ocena: 5+/6

Amy jest zwykłą nastolatką. Ma normalny dom, rodzinę, a jej wielką pasją jest bieganie. Pewnego dnia decyduje się wziąć udział w zaludnieniu nowej planety. Robi to tylko ze względu na rodziców, którzy są niezbędni podczas rozwoju nowej planety. Podróż na Centauri-Ziemię ma trwać trzysta lat, dlatego pasażerowie zostają zahibernowani. Po 250 latach podróży Amy zostaje obudzona, co o mały włos nie kończy się jej śmiercią. Odłączenie komory dziewczyny jest dopiero początkiem tajemniczych zdarzeń...

Władza na pokładzie "Błogosławionego" należy do Najstarszego, który urodził się po to aby być przywódcą. Ale jest jeszcze Starszy, jego następca. Starszy przeżywa niezwykłą fascynację osobą Amy, co niekoniecznie podoba się jej samej. Dziewczyna stara się zrozumieć zasady panujące na pokładzie statku, ale jest też przestraszona zachowaniem jego mieszkańców, którzy są w pełni podporządkowani Najstarszemu. W kolejnych dniach podróży wychodzi na jaw coraz więcej szokujących faktów i coraz to bardziej przerażające zdarzenia mają miejsce...

"Miłość w świecie tyranii i kłamstwa"

To właśnie głosi napis na okładce książki. I tu od razu nasuwa się stwierdzenie: O nie kolejny, typowy paranormal. Otóż nie! "W otchłani" nie jest kolejnym paranormalem, jakich na książkowym rynku jest aż za wiele. Książka ta to niesamowita odyseja kosmiczna, pełna tajemnic, wspaniałych bohaterów i niesamowitych zdarzeń rozgrywających się w świetle gwiazd.

Życie na statku jest opisane niezwykle ciekawie. Mamy tu poziomy na jakie "Błogosławiony" jest podzielony, Gody, które są wydarzeniem niezwykle szokującym, mieszkańców dziwnych i podporządkowanych całkowicie Najstarszemu. Oprócz tego na każdym kroku natykamy się na okoliczności, które wywołują u nas dreszczyk emocji. Wszystko ma swój powód, a statek okazuje się niebezpieczną pułapką.

Teraz trochę o bohaterach. Moją sympatię zdobyły prawie wszystkie postaci, jednak najbardziej zaprzyjaźniłam się z Amy, naszą główną bohaterką. Jest dziewczyną z charakterem, wie co ma robić i nie waha się przed niczym. Starszy jako główna postać męska mnie nie oczarował. Owszem, jest na swój sposób ciekawy, ale szału nie ma. Najstarszy to jedna z ciekawszych postaci "W otchłani". Skrywa różne oblicza i jest bardzo tajemniczy. Do (prawie) samego końca nie wiemy jakie motywy nim kierują i dlaczego zdobywa takie oddanie wśród swoich poddanych.

Dawno nie czytałam książki, która by aż tak wciągnęła mnie w swoje sidła. Dawno nie przeżywałam tak wydarzeń jak "W otchłani". Nim się obejrzałam skończyłam już ją czytać. Czytałam ostatnie zdanie z wypiekami na twarzy, nie mogąc nadziwić się jak pani Revis udało się napisać tak świetną książkę! Nie mam do czego się przyczepić, uwierzcie mi...

Okładka jest cudna! Jedyne co można jej zarzucić to ten srebrny napis, który starł mi się prawie do samego końca :(

Jeśli macie ochotę na oderwanie się od rzeczywistości, poznanie życia na statku podążającego do utworzenia nowego społeczeństwa na nowej planecie, to ta książka jest dla was, warto zarwać przez nią noc.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jak wam mija Dzień Dziecka? U mnie był to kolejny typowy dzień. Nauczyciele nam nawet życzeń nie złożyli :( Pocieszeniem jest fakt, że zaraz za pieniądze otrzymane w prezencie zamówię sobie jakieś książki :) Pozdrawiam was z deszczowego i burego Białegostoku.

Blueberry

ps. W ramach rozrywki zostawiam was z piosenką, która ostatnio najczęściej towarzyszy mi w drodze do szkoły. "Mustanga z dzikiej doliny" uwielbiam, a Bryana Adamsa jeszcze bardziej :)


wtorek, 10 kwietnia 2012

"Żona piekarza" Marcel Pagnol


Tytuł oryginału: La femme du boulanger
Autor: Marcel Pagnol
Wydawnictwo: Esprit
Ilość stron: 240
Moja ocena: 5/6

Zaskoczenie to pierwsze wrażenie jakiego doznałam po otrzymaniu książki. Zdziwiłam się, że książka jest dramatem i posiada tak niewielką liczbę stron. Ale tak jak i przy "Chwale mojego ojca..." tego samego autora spędziłam kolejny miły wieczór w Prowansji.

Niemłody już piekarz Aimable przybywa wraz ze swą młodą żoną Aurelią do malutkiej francuskiej wioski, aby podjąć się fachu piekarza. Wszyscy mieszkańcy wioski są szczęśliwi gdyż chleb nowego piekarza smakuje doskonale, ale niestety ta sielanka nie potrwa długo...Jego niewierna żona ucieka wraz z pasterzem. Aimable nie wierzy w zdradę żony tłumacząc jej ucieczkę wyjazdem do matki. Jednak pozostali wioskowicze nie są tak naiwni. Piekarz popada w depresję i nie chce wypiekać chleba, gdyż robił to tylko dla żony. Aby znów poczuć zapach i smak świeżutkiego chleba cała wioska musi się zjednoczyć, lecz nie będzie to takie łatwe dla co poniektórych bohaterów takich jak ksiądz i nauczyciel antyklerykał.

"Żona piekarza" nie jest zwykłą książeczką. Jest to opowieść z przesłaniem. Uczy wybaczać, pokazuje siłę miłości i to jak w obliczu nieszczęscia potrafimy się zjednoczyć dla wspólnego dobra. Pokazuje wiele, tylko trzeba to dostrzec i wziąć sobie do serca.

Książka w formie dramatu sprawia, że czyta się ją z niesłychaną szybkością, łatwością i przyjemnością oczywiście. Przenosi nas do prowansalskiej sennej wioseczki o sielskiej atmosferze i zapachu chleba unoszączącym się wokół. Poznajemy całą gamę osobowości od wiernego piekarza do upartego nauczyciela. Wywołuje uśmiech na naszej twarzy i skłania do myślenia. Jest to niepozorna opowieść o bogatym wnętrzu.

No i oczywiście kolejna piękna okładka w cudownych barwach, wykonana przez słynnego Sempego.

Za poonowną możliwość przeniesienia się do Prowansji serdecznie dziękuję wydawnictwu: 




Niestety jutro czas na powrót do szkoły co równa się zmniejszeniem czasu na czytanie :(  W Święta zjadłam tyle ciasta, że to powinno być zakazane :) A jak wam minęła Wielkanoc?

Blueberry

środa, 4 kwietnia 2012

"Wybór Marty" Lidia Ewa Witek + podsumowanie marca


Tytuł oryginału: Wybór Marty
Autor: Lidia Ewa Witek
Wydawnictwo: PROMIC
Ilość stron: 592
Moja ocena: 5/6

"Powieść, która została napisana przez życie"

Dosłownie jest to powieść napisana przez życie. Przedstawia prawdziwe problemy z którymi wiele osób boryka się na codzień. Przedstwia realne wydarzenia, realne postaci. Właśnie dlatego między innymi zdecydowałam się ją przeczytać. Była naprawdę miłą odskocznią od tych paranormali czy powieści z gatunku fantsy jakie mam teraz w zwyczaju czytać. Ale zacznijmy od początku.

Marta Karwowska jest młodą, ambitną panią architekt. Prowadzi spokojne, toczące się wolnym rytmem życie. Myśli, że nic jej nie zaskoczy, a przyszłość jest dokładnie zaplanowana. Do czasu...
Gdy pewnego deszczowego wieczoru do jej drzwi puka kuzynka Małgosia w życiu Marty zachodzą diametralne zmiany. Małgosia zaszła w nieplanowaną ciążę i przyszła prosić Martę o parę noclegów. Dziewczyna wraz ze swym chłopakiem decyduje się na aborcję, jakże kontrowersyjne słowo w dzisiejszych czasach. Marta aby zapobiec tej okropnej decyzji proponuje Małgosi pomoc w wychowaniu dziecka, bądź jego adopcję. Na decyzję adopcji wpłynęły wspomnienia z okresu II wojny światowej, gdy sąsiadka kobiety ku zdumieniu i dezaprobacie innych przygarnęła opuszczonego chłopca. Marta nie podejrzewała, że ta decyzja(adopcji nie chcianego dziecka kuzynki) wpłynie na całe jej zycie i nada mu sens.

Czytając tą książkę cały czas targały mną wątpliwości takie jak: chyba jestem jeszcze zbyt niedojrzała na lekturę tak poważnej książki, czy to raczej nie powieść dla mnie...
Ale przy samej końcówce zdałam sobie sprawę, iż dobrze zrobiłam nie porzucając jej co wiele razy miałam ochotę zrobić. Książka porusza problemy z przeszłości taki jak dyskryminacja samotnych kobiet wychowujących dziecko. Teraz z reguły takie sytuacje nie mają miejsca. Także i adopcja stała się zjawiskiem popularnym.

Autorka świetnie spisała się jeśli chodzi o język. Jest przejrzysty i ciekawy. Sprawia, że książkę czyta się lekko mimo ilości stron. Ani przez moment się nie nudziłam, tak się wciągnęłam, że razem z Martą przeżywałam wszystko to co ona, radości, smutki, łzy. Łzy...oj łez trochę było. Mamy całą gamę cech bohaterów od heroizmu po egoizm.

Krótko mówiąc-samo życie. Pani Lidia Ewa Witek pokazuje iż polski autor to nie nudny autor jakie do tej pory miałam przekonanie. Skłania do myślenia i refleksji, pokazuje z czym zmagały się w przeszłości samotne matki, a co najważniejsze porusza nasze serca.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję pani Annie z wydawnictwa:
To moje pierwsze podsumowanie, które uważam za całkiem udane choć mogło być lepiej, a prezentuje się ono tak:

W marcu przeczytałam: 15 książek.
Liczba książek zrecenzowanych: 6
Liczba książek kupionych: 3, niestety tylko 3, bo fundusze się już wyczerpały :(
Za najlepszą książkę miesiąca uważam: "W pierścieniu ognia" Suzanne Collins
Za najgorszą książkę miesiąca uważam: "Kamienie na szaniec" Aleksandra Kamińskiego, które mimo całego szacunku dla bohaterów mojej sympatii nie zdobyły.

Tak się oto przedstawia moje podsumowanie. Idę się delektować świąteczną przerwą, wam też tego życzę i oczywiście WESOŁYCH ŚWIĄT!

                                                                                     Blueberry

sobota, 17 marca 2012

"Zapomniane" Cat Patrick


Tytuł oryginału: Forgotten
Autor: Cat Patrick
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 312
Moja ocena: 5/6

„[...] zegar odlicza kolejne minuty do 4.33 nad ranem - godziny, w której mój umysł się resetuje, a pamięć zostaje skasowana [...]”


Zegar wskazuje 4:33, a ty budzisz się nie pamiętając niczego. Tego co wczoraj miałeś na sobie, z kim rozmawiałeś, kogo poznałeś. Nic kompletnie nic, pustka w głowie, radzisz  sobie tylko za pomocą notatek. Oczywiście mama i najlepsza przyjaciółka także są dla ciebie wsparciem. Wyobrażacie sobie takie życie? Tak właśnie żyje London Lane, która codziennie przechodzi przez to samo; traci pamięć. Ale, żeby nie było tak szaro, buro i ponuro dziewczyna widzi przysłość. Wie co się wydarzy jutro, pojutrze, za parę miesięcy. Pewnego dnia dziewczyna poznaje Luka, chłopaka, który od początku zawrócił jej w głowie. Od czasu jego przyjazdu nasza bohaterka zaczyna miewać senne koszmary, a w garderobie matki znajduje zdjęcia swojego ojca i babci. Od tamtej pory zaczyna się przygoda.

Oj ciężkie życie ma London, ciężkie. Ten kto jej nie współczuje od razu zyskuje miano kamiennego serca. Ja London polubiłam bardzo, bardzo. Podobało mi się jak troszczyła się o swą przyajciółkę Jamie, podziwiałam jej determinację aby odnaleźć ojca. Jednak momentami odnosiłam wrażenie, że robiła z siebie ofiarę losu. To i tak nie psuje mojej opinii o charakterze dziewczyny. No i oczywiście Luke! Nareszcie zwykły chłopak, nie jakiś z opowieści dziwnej treści wampir, wilkołak czy co tam jeszcze. Opiekuńczy, wierny, a przede wszystkim po uszy zakochany w naszej bohaterce.

Książka posiada cudowną czcionkę, która sprawia, że czyta się ją niesamowicie szybko, a i z przyemnością, Okładka także bardzo mi się podoba. Nic dodać nic ująć! Jedyne co można zarzucić autorce to zakonczenie, które zaliczam do jednych z najbardziej nieudanych jakie miałam okazję przeczytać. Zjawisko amnezji nie często spotkamy w książkach, a przynajmniej nie takie jak tu, gdy bohaterka codziennie traci pamięć. Podsumowując, szczerze wszystkim polecam, spodoba się wam!

poniedziałek, 12 marca 2012

Niebezpiecznie niebezpieczna gra



Autor: Cecilia Randall
Wydawnictwo: Esprit
Ilość stron: 752
Moja ocena: 5/6

Jedne z wielu moich marzeń to między innymi przeniesienie się w czasy wiktoriańskiej Anglii. Wizja wszystkich tych szykownych sukien, wystawnych przyjęć i wspaniałych ludzi (np. Jane Austen) zapowiada się niezwykle kusząco :) Ale średniowieczem też nie pogardzę. W końcu to epoka księżniczek, rycerzy na białych koniach, tylko jak tam się dostać? Hmm, istnieje jedno wejście, a jest nim gra komputerowa o nazwie Hyperversum...

Nie jestem fanką gier komputerowych, jedyną w jaką jestem w stanie grać to The Sims. A jakże teraz w świecie zdominowanym przez komputery i głupie gry internetowe jak Tibia, Metin czy League of Legends, którym większość nastolatków poświęca za dużo czasu, się odnaleźć? Nawet kiedy rozmawiam z kolegą rozmowa schodzi na League of Legends. Wiecie, że oni na to wydają pieniądze! I to nie jakieś drobne, tylko grube kilka stów, na kupienie miecza dla swej postaci pff! No, ale wróćmy do tematu:

Hyperversum wydawało być się tylko zwykłą nieszkodliwą grą. Wszystko zmieniło się kiedy szóstka przyjaciół: Ian, Daniel, Jodie, Martin, Donna i Carol w wyniku awarii zostaje przeniesiona do prawdziwego średniowiecza, a mianowicie Francji XIII wieku. Dwójka przyjaciół gubi się podczas sztormu. Czy reszta ich odnajdzie? Czy wszyscy wrócą do domu? Mogłabym tak pytać i pytać i pytać, ale to wy odnajdziecie odpowiedzi na pytania, zaczytując się w "Hyperversum".

Nie będę oryginalna pisząc, że przez cały czas cisnęło mi się na usta pytanie: uda im się? przeżyją? Książka brzydko mówiąc wciąga jak bagno, a ja się w nim utopiłam. Nie miałam jeszcze przyjemności czytania książki o grze komputerowej czy w ogóle jakiej kolwiek. I pierwsze podejście uważam za bardzo udane. Wprost nie mogłam trafić lepiej!

Także przeniesienie postaci akurat do średniowiecza, było bardzo dobrym pomysłem. Książka łączy elementy fantastyczne jak i historyczne, tworząc kilkanaście wspaniałych godzin, które spędzamy na przeżywaniu przygód z bohaterami w średniowiecznej Francji. Wydanie także godne pochwały, czcionka sprawia, że książkę czyta się lekko i przyjemnie, a obrazki wzbogacają całokształt. Jedynym minusem jest grubość książki, aż 752 stron! Niezła cegła, nie mieściła mi się w szkolnej torbie, ale zanim się spostrzegłam już ją skończyłam. Polecam wszystkim, nawet przeciwnikom fantastyki.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu:

piątek, 9 marca 2012

Gdyby na świecie istniały demony...


Tytuł oryginału: "The Demon Trapper's Daughter"
Autor: Jana Oliver
Wydawnictwo: Replika
Ilość stron: 396
Moja ocena: 5+/6

 Gotowi wkroczyć do niedalekiej przyszłości, a mianowicie roku 2018? Gotowi zapoznać się ze światem w którym na każdym kroku można spotkać demony? Gotowi poznać nietuzinkową, pełną emocji opowieść o młodej łowczyni demonów?

Riley Blackthorne jest teoretycznie zwyczajną nastolatką. Po śmierci matki mieszka z ojcem, legendarnym łowcą demonów Paulem Blackthornem. Chodzi do szkoły, uczy się, ma najlepszego przyjaciela na którego zawsze może liczyć. Co wyróżnia Riley od innych nastolatek w jej wieku? To, że trudzi się łowiectwem demonów. Nie jest jej łatwo gdyż jest jedyną kobietą w tym fachu. Ludzie patrzą na nią nieprzychylnym wzrokiem i obgadują za plecami. Nie zmienia to faktu, że dziewczyna jest niezwykle uparta i mimo niechęci ojca, który pragnie bezpieczeństwa dla swojej córki, dziewczyna uczęszcza na spotkania Gildii Łowców by w przyszłości zostać profesjonalnym łowcą.

Opowieść zaczyna się nieudanymi łowami dziewczyny w uniwersyteckiej bibliotece. Riley wraz z ojcem i jego uczniem jakże irytującym( dla mnie przynajmniej) Beckiem w którym dziewczyna kiedyś się kochała zostają wezwani na radę Gildii. Potem wszystko tylko się komplikuje, demony mówią do Riley po imieniu, a woda święcona, która powinna je odstraszać nie działa( nie będę nic więcej zdradzać, bo tylko zepsuję przyjemność).

Już od dawien dawna miałam ochotę na dobry paranormal, zdecydowanie darzę ten gatunek największą sympatią :) "Córka łowcy demonów" całkowicie mnie pochłonęła. I jeszcze ta niesamowita okładka! Siedziałam i czytałam, czytałam, czytałam wprost nie sposób się oderwać. Nie mogę nie wspomnieć o Simonie w którym podobnie jak nasza bohaterka się zakochałam( na prawdę on jest cudowny!). Co do Becka to albo go kochasz, albo nienawidzisz w moim przypadku to jest to drugie. Jego sposób bycia jest niezwykle irytujący. Dawno tak wkurzającego bohatera nie miałam okazji poznać. Riley natomiast jest niezwykle silna. Po tym przez co przeszła, a przeszła wiele choć najgorsze jeszcze przed nią, należy jej się wielki szacunek tak więc Chapeaux Bas !
Koniec jest fenomenalny i z niecierpliwością będę wyczekiwała premiery drugiej części tej niesamowitej książki. Polecam osobom pragnącym oderwać się od swoich problemów, a także fanom tego gatunku.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu:

niedziela, 5 lutego 2012

"Chwała mojego ojca Zamek mojej matki" Marcel Pagnol

Teraz Czytam

Tytuł: Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki
Autor: Marcel Pagnol
Wydawnictwo: Espirt
Ilość stron: 410 
Ocena: 5/6

Ach ta Prowansja rozległe pola lawendy i śpiew cykad... podróż moich marzeń, zwłaszcza teraz przy tych strasznych mrozach brrr. Jednak dzięki znakomitej książce Marcela Pagnola mogłam się tam przenieść w swojej wyobraźni, a było to tak.

Dzieciństwo to najpiękniejsze lata naszego życia. Z radością i śmiechem często je wspominamy. Marcel Pagnol postanowił podzielić się nimi z nami-czytelnikami, w swoich książkach. Autor wprowadza nas w swój dziecięcy świat, razem z nim biegamy po wzgórzach,
bawimy się w Indian, polujemy na kuropatwy skalne, poznajemy smak pierwszej przyjaźni, zastawiamy pułapki i obmyślamy kolejne plany czego by tu nie zrobić aby nie pójśc do szkoły.

Ksiązka pełna niesamowitego humoru i ironii, dawno się tak nie usmiałam jak wtedy przy zakupach Marcela i jego taty u brokantera czy powiedzeniu przez Pawełka, że jak on będzie miał dzieci to je komuś odda.

Ksiązka pełna ciepła, niesamowitego ciepła, które poczułam już na samym początku i które czułam aż do samego końca. Perypetie młodego Marcela z początku bardzo przypominały mi mojego ukochanego Mikołajka, jednak to zupełnie co innego, dopiero na końcu zrozumiałam jak bardzo się myliłam porównując obie te postaci. Skoro juz mowa o końcu to wprawił mnie w bardzo melancholijny nastrój i przyznam się, że płakałam, a zdarza mi się to nie często.

Każda z postaci miała w sobie to "cos". Pokochałam je od samego początku, odważnego Marcela, zabawnego Pawełka, troskliwą Augustynę, honorowego Józefa, odrobinę próżnego Juliusza i wiernego Liliego. Wszyscy momentalnie stali się moimi przyjaciółmi i na zawsze nimi zostaną.

Nawet w nocy śniłam o Prowansji, polach lawendy i przygodach jakie przeżyłam wraz z Marcelem, Lilim i Pawełkiem.

Ach! Byłabym zapomniała o okładce, przepięknej okładka, która cieszy oko, a została wykonana przez Sempego. Tego samego, który wykonał obrazki do Mikołajka.

Gotowi przezyć niesamowite przygody? Jeśli tak to zapraszam do krainy wiecznego dzieciństwa.
Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję wydawnictwu:
Niestety ferie muszą się kiedyś skończyć, a jutro do szkoły, oj nie chce się ;(

środa, 28 grudnia 2011

"Córka kata" Oliver Potzsch

      
Tytuł:"Córka kata"
Autor: Oliver Potzsch
Ilość stron: 478
Wydawnictwo: Esprit
Moja ocena:5/6

Dawno nie zabierałam się za kryminały, może to i dobrze ale obok tej książki nie można przejść obojętnie.
Jest XVII wiek w miasteczku Schongau w Bawarii dochodzi do brutalnego morderstwa na małym chłopcu. Na jego ciele znajduje się namalowany tajemniczy znak. Ludzie szukając wytłumaczenia oskarżają miejscową akuszerkę Martę o czary i konszachty z diabłem, wiadomo ten zawód od razu kojarzy się z czarną magią. Jednak nie wszyscy wierzą w jej winę.
Jedną z głównych postaci jest kat Jakub Kuisl, nie lubiany przez ludzi z powodu swego zawodu lecz nie miał wyboru musiał zostać katem gdyż jest to dziedziczne. Jest on bardzo jakby to powiedzieć ludzki i dobry i na myśl przychodzi tu przysłowie "nie oceniaj książki po okładce". Razem ze swoją córką Magdaleną i medykiem Simonem zakochanym w niej prowadzą śledztwo na własną rękę a co z tego wyniknie przekonajcie się sami sięgając po tą książkę.
No więc powiem, że nie od samego początku mnie urzekła na starcie było ciężko ale potem czytając więcej i więcej dosłownie ją pochłaniałam! Jak dla mnie to za mało brutalności no ale jeśli chodzi o te sprawy to ciężko mnie zadowolić. Co do bohaterów to postacie są przesympatyczne, ale żadna nie trafiła całkowicie w moje gusta. Bardzo podobał mi się klimat książki złowieszczy i tajemniczy sprawiał, że nie moglam się oderwać. Piękna okładka ale od początku do końca nie mam pojęcia kim jest ta dziewczyna? Skoro tak ją chwalę to czemu nie dałam 6? Nie wiem ale czegoś mi zabrakło może ten trudny początek? Nie jest to zwykła powieść historyczna, to książka pełna emocji, intryg, wspaniałego klimatu i wartkiej akcji. Naprawdę polecam!
Książkę te mogłam przeczytać dzięki wydawnictwu :
ESPRIT
za co serdecznie dziękuję i z całego serca pozdrawiam panią Annę!

niedziela, 30 października 2011

Zwiadowcy "Ruiny Gorlanu" John Flanagan


Tytuł: Zwiadowcy "Ruiny Gorlanu"
Autor: John Flanagan
Wydawnictwo: Jaguar
Ilość stron: 320
Moja Ocena: 5,5/6

Na początku napiszę, że jestem z siebie dumna bo na razie godzę szkołę,zajęcia dodatkowe, bloga i czytanie razem. Cieszę się, że mam jeszcze 2 dni dla siebie z dala od podręczników, zeszytów. Wczoraj zaszyłam się z książką na cały dzień. A dziś po powrocie od babci dorwałam się nareszcie do komputera. Mam mało czasu, ponieważ jutro znowu wyjeżdżam i muszę się przygotować.

Ksiązka opowiada o piętnastoletnim chłopcu z sierocińca, którego czeka Dzień Wyboru. Will marzy o tym aby dostać się do Szkoły Rycerskiej, jednak ze względu na niski wzrost i drobną budowę ciała nie zostaje przyjęty. Jednak tajemniczy Halt proponuje mu przystanie do korpusu zwiadowców. Legendy głoszą, że zwiadowcy zajmują się czarną magią i potrafią stać się niewidzialni. Will mając do wyboru albo pracę na roli, albo zwiadowców wybiera to drugie. I tak oto zaczyna ciężką naukę u swego mistrza Halta. Nie jest łatwo, bo Halt jest człowiekiem zawziętym, tajemniczym i  zamkniętym w sobie więc nie ma co liczyć na jakąkolwiek pochwałę, a co dopiero uśmiech.

Wciągnęłam się w tę książkę niesamowicie. Zapewniła mi wiele udanych wieczorów. Przygody Willa są ciekawe, niebanalne. Nawet jeśli nie jest się fanem fantastyki nie ma tu jej za wiele. Owszem pojawiają się potwory stworzone przez autora jednak jest to takie fantasty bez magii. Pokazuje, że nie wystarczy mieć mięśni aby być kimś i dokonać czegoś wielkiego.  Wzruszające zakończenie jednak od książki porównywanej do "Władcy Pierścieni" które szczerze kocham i podziwiam wymagam czegoś więcej.

Wiem nie wysiliłam się zbytnio ale nie mam ani weny ani czasu.
Na koniec zostawiam pytanie:
Obchodzicie HALLOWEEN?
Ja osobiście tak mam przygotowane przebranie a jutro będę wycinać dynie, chociaż wiem, że to takie dziecinne halloween należy do moich ulubionych świąt kocham ten nastrój!
UDANEGO HALOWEEN!

niedziela, 16 października 2011

"Złoty Kompas" Philip Pullman


Tytuł: Złoty Kompas
Autor: Philip Pullman
Ilość stron: 448
Wydawnictwo: Albatros
Moja ocena: 5/6

Ze "Złotym Kompasem" spotkałam się pierwszy raz oglądając film. Nie podobał mi się, był niezrozumiały i wiało od niego nudą mimo światowej klasy aktorów typu Nicole Kidman, Daniel Craig i Eva Green. Z książką jest zupełnie inaczej. Gdy pośród półek w bibliotece szukałam czegoś ciekawego zobaczyłam tą książkę i nie mogłam się powstrzymać.
Wyobraźmy sobie, że żyjemy w świecie równoległym do naszego, a odzwierciedleniem naszej duszy są dajmony ukazywane są pod postacią zwierząt. W tym właśnie świecie żyje Lyra Belaqua, osierocona dziewczynka. W końcu jednak spokojne życie dziewczynki zakłóca pewna tragedia. Na całym świecie zaczynają znikać dzieci. Nikt nie wie gdzie? co? jak? dlaczego? Sprawców porwań ludzie zaczynają nazywać Grobalami.  W końcu Grobale docierają do Oksfordu miasta Lyry i porywają jej najlepszego przyjaciela Rogera. Dziewczynka podsłuchuje zebranie w Sali Seniorów i dowiaduje się czegoś o czym nie powinna wiedzieć, a mianowicie na temat Pyłu. Nikt nie wie czym jest i skąd się bierze. Pewnego wieczoru podczas kolacji Lyra poznaje panią Coulter, czarującą kobietę, która proponuje jej podróż na północ i posadę osobistej asystentki. Dziewczynka za pozwoleniem rektora, ale bez wiedzy wuja przyjmuje propozycję bez wahania. Jednak nocą przed wyjazdem Lyra otrzymuje tajemniczy przedmiot aletheiometr. Dziewczynka nie wie do czego on służy i dlaczego  otrzymała go bez żadnego wyjaśnienia...Podaczas pobytu w Londynie z panią Coulter Lyra z pomocą swojego dajmona odkrywa, że kobieta skrywa swoje prawdziwe "ja" i traktuje dziewczynkę przedmiotowo. Lyra ucieka z kolejnego przyjęcia pani Coulter. I postanawia odnaleźć zaginione dzieci. Z pomocą cyganów i ich króla dziewczynka odbywa niesamowitą podróż na północ podczas której poznaje swoją przeszłość i prawdziwych rodziców( to był niezły szok!), odkrywa do czego służy aletheiometr, nawiązuje kolejne przyjaźnie z przedziwnymi bohaterami, dowiaduje się więcej na temat innych światów i podróży między nimi, oraz zauważa  do czego jest zdolna pani Coulter i co ją łączy z Grobalami.
Książka naprawdę rewelacyjna, napewno sięgnę po dwie następne części. Jedynym minusem było to, że do końca ksiązki nie wiedziałam po czyjej stronie jest Lord Asriel "niby" wuj dziewczynki. Koniec zaskakujący choć nie idealny mam trochę co do niego wątpliwości no ale jednak książka przyjemna i szkoda mi było się z nią rozstawać.

środa, 12 października 2011

" Wampir z M-3" Andrzej Pilipiuk


Tytuł: Wampir z M-3
Autor: Andrzej Pilipiuk
Ilość stron: 330
Wydawnictwo: Fabryka słów
Moja ocena: 5,5/6

Uwielbiam Pilipiuka za tę książkę jak i za Jakuba Wędrowycza. Okładka i nietypowa fabuła książki o wampirach zaciekawiły mnie, więc jak zobaczyłam u koleżanki na pólce byłam wniebowzięta.

Książkę czytałam w sierpniu i zajęło mi to naprawdę mało czasu, a czytałam z przyjemnością.
Akcja rozgrywa się w czasach PRL. Wampiry się nie ukrywają, ale wciąż budzą przerażenie u obywateli. Jest kilka głównych postaci, a jedną z nich jest Gośka. Dziewczyna wiesza się na pasku od szlafroka, po tym jak dowiedziala się, że jej chłopak woli inną. Budzi się w trumnie nie wiedząc gdzie jest i co się stało. Gdy wraca do domu jej rodzina próbuje ją zabić. Z opresji ratuje ją Marek, inny wampir. Gośka postanawia zamieszkać razem z Markiem i zacząć życie wampira.
Każdy rozdział to inna przygoda. Co jakiś czas pojawia się Radek, brat Gośki usiłujący ją zabić.
Świetne postaci, genialny humor, ciekawe przygody. To właśnie one składają się na książkę Pilipiuka. Nie ma tu żadych głębokich refleksji. Jest to po prostu książka lekka, łatwa i przyjemna w sam raz na wieczory przy kominku.