niedziela, 21 października 2012

Nie taki diabeł straszny jak go malują...

 
"Anna we krwi" to książka na którą miałam ogrooomną ochotę. Hipnotyzująca okładka i intrygująca fabuła zrobiły swoje. Wciąż jeszcze pamiętam radość jakiej doznałam gdy koleżanka z klasy powiedziała, że dostała ją w prezencie. Pożyczyłam, przeczytałam w jeden dzień i dziś kilka miesięcy po jej lekturze postanowiłam ją zrecenzować. Sama nie wiem dlaczego. Miała być recenzja  "Profesora" Ch. Bronte. Niestety nie wyrobiłam się z czytaniem i tak oto jest recenzja książki, której okładkę długo będę pamiętać, niestety fabuły i bohaterów już nie...
 
 Nastoletni Tezeusz Cassio Lowood odziedziczył po ojcu niezwykły zawód. Podobnie jak on jest pogromcą duchów. Podróżuje wraz ze swoją matką czarownicą, kotem, który posiada niezwykły dar, dzięki któremu "wyczuwa" zjawy oraz sztyletem athame, którym zabija zjawy. Dochodzą do niego słuchy o Annie, Annie Karlov. Duchu, który jak głosi napis na okładce " może zatrzymać oddech w gardłach żyjących". Cas przeprowadza się do miasteczka w którym straszy Anna we krwi, jak nazywają ją mieszkańcy. Już pierwszego dnia trafia do jej domu, z którego jeszcze nikomu nie udało się wydostać. Jakie jest jego zdziwienie kiedy duch dziewczyny daruje mu życie. Wkrótce chłopak odkrywa całą prawdę o życiu Anny. Zarówno tym przed śmiercią jak i po...
 
Pierwsze co przychodzi mi na myśl po jej przeczytaniu to to, że spodziewałam się po tej książce czegoś zupełnie innego. Nastawiałam się na prawdziwy horror z krwi i kości, a otrzymałam kolejny banalny paranormal romance. Chciałam chociaż przez moment się pobać. Niestety na tym polu autorka się nie popisała...
 
Bohaterowie są świetnie wykreowani. Mi najbardziej przypadła do gustu postać Anny, która jest bardziej sympatyczna niż przerażająca. Sam główny bohater także pozytywnie mnie zaskoczył. Choć nie przepadam za książkami pisanymi z perspektywy męskiej postaci, tutaj bardzo mi się to podobało. Nie było szablonowe, czyli takie jak u większość paranormali w których historia opowiadana jest przez postać żeńską.
 
Sama fabuła jest świetna. Nie spotkałam się z wieloma książkami o duchach. Właściwie to chyba pierwsza książka o zjawach jaką miałam okazję czytać. Czytanie jej jest jak wkroczenie w grząskie bagna. Wciąga cholernie, tak mocno, że nie można się oderwać. Jej lektura zajęła mi jeden dzień. Nie jest to książka genialna, jednak dzień spędzony na czytaniu "Anny..." mogę zaliczyć do całkiem udanych.
 
Ochów i achów się nie spodziewajcie. "Anna we krwi" to książka o której pewnie za parę miesięcy pamiętać nie będę. Okładka jest cudowna, fabuła dość ciekawa, a zakończenie zaskakujące. Ale to niestety nie wystarczyło abym poczuła się w pełni usatysfakcjonowana.
 
Tytuł oryginału: Anna dressed in blood
Autor: Kendare Blake
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 320
Moja ocena: 4-/6
 

 "Annę we krwi" oraz wiele, wiele innych książek możecie nabyć w:
 
 
Blueberry
 
 

niedziela, 14 października 2012

Poprzez gondolę do XV wiecznej Wenecji...

 
Włochy nigdy nie były miejscem, które chciałabym odwiedzić. Odkąd sięgam pamięcią ten kraj wydawał mi się strasznie przeciętny. Owszem Koloseum bym odwiedziła, owszem za kuchnią włoską przepadam, ale niestety nic nie zmienia faku, że to państwo samo w sobie mnie nie intryguje. I tak było do momentu w którym skończyłam czytać "Magiczną gondolę" i jednocześnie zakochałam się w Wenecji...
 
Niemiecka nastolatka imieniem Anna spędza wakacje w Wenecji w towarzystwie swoich rodziców.  Podczas przechadzki po mieście ze swym znajomym dziewczyna zachodzi do sklepu z maskami, który prowadzi osobliwa staruszka. Anna kupuje tam piękną maskę kota, przedmiot, którego znaczenia dziewczyna nawet sobie nie wyobraża. Chwilę później Anna dostrzega dziwne zjawisko, a mianowicie czerwoną gondolę. Zgodnie z zarządzeniem wszystkie gondole powinny być czarne, dlaczego ta jedna jest czerwona? To nie koniec niezwykłych zdarzeń. W ciągu parady historycznych łodzi zwanej w Wenecji regata storica, Anna wpada do kanału. Jej wybawcą jest młody, przystojny Włoch, którego dziewczyna spotkała już wcześniej. Jakiego szoku doznaje dziewczyna, gdy zamiast przemoczona do suchej nitki na brzegu kanału, budzi się całkiem naga, w Wenecji roku 1499. Jaką rolę odegrała w tym wszystkim maska kota? Na czym polega misja Anny? Kim jest tajemniczy młodzieniec? Kiedy i czy w ogóle dziewczyna wróci do swoich czasów?
 
Gdy tylko dostrzegłam "Magiczną gondolę" w jesiennych  zapowiedziach zakochałam się. Dosłownie. Zakochałam się w okładce, w tytule, w tej niesamowicie tajemniczej fabule (jakie rymy :). Krótko mówiąc we wszystkim bez wyjątku. W dzień premiery poleciałam jak głupia do najbliższego empiku i kupiłam. W domu siedziałam z nią na kolanach, podziwiałam, przyglądałam się i wąchałam, jednocześnie myśląc: To będzie kawał dobrej lektury. I w rzeczy samej miałam rację.
 
Pierwsze co mnie zachwyciło to klimat Wenecji XV wieku. Dzięki niemu sama czułam się jak renesansowa dama w pięknej sukni w drodze na przyjęcie w palazzo. Jednak stopniowo poznając wady życia w tamtych czasach, odechciewało mi się pomieszkiwania w piętnastym wieku.
 
Narracja jest pierwszoosobowa, wydarzenia przedstawione w książce postrzegamy oczyma Anny.  Jednocześnie lepiej poznajemy główną bohaterkę, która nawiasem mówiąc, od razu trafiła na listę mych ulubionych książkowych postaci żeńskich. Wiele osób zauważyło w niej podobieństwo do Gwen z Trylogii Czasu, ja nie będę oryginalna, mi także Anna strasznie przypominała wyżej wspomnianą postać. Reszta bohaterów drugoplanowych jest świetna, każda postać jest niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju. Czarne charaktery także mogę z czystym sumieniem pochwalić.
 
No i oczywiście podróże w czasie! Autorka miała świetny pomysł. Maska kota, wpływ księżyca, podróżnicy podzieleni na: strażników, posłańców oraz obrońców, blokada(to jest genialne!). Naprawdę oryginalnie, ale jednak wolę ten typ podróży w czasie, gdzie bohaterowie nie tkwią przez cały czas w jednym miejscu, w tym samym roku, a podróżują z epoki na epokę.
 
Oczywiście nie ma książek idealnych, każda ma jakieś minusy, a i tutaj nie obyło się bez choć jednego.
Uwaga, uwaga przedstawiam państwu największą porażkę całej książki czyli wątek romantyczny. A było to tak: Anna widziała Sebastiana(tego przystojnego Włocha, co ją uratował) jakieś trzy razy, rozmawiała może dwa (i były to rozmowy głównie na temat: kiedy Anna wróci do domu?), ale za czwartym razem oboje wyznają sobie miłość. Ni z tego, ni z owego. Jak dla mnie kompletna porażka, bo mając dwa tak ciekawe charaktery autorka mogła się odrobinkę postarać i stworzyć wątek miłosny, który w pełni zaspokoiłby romantyczne dusze.
 
Tak jak jestem zakochana w Trylogii Czasu, "Cieniach na księżycu" tak i tutaj, jestem zakochana w "Magicznej gondoli". Bo opowieści Poza Czasem mają coś w sobie, coś co za każdym razem potrafi zaskoczyć, potrafi sprawić, że gdy raz wejdzie się w ten magiczny świat, nigdy nie będzie  się miało ochoty z niego wychodzić...
 
Tytuł oryginału: Zeitenzauber: Die magische Gondel
Autor: Eva Voller
Wydawnictwo: Egmont
Ilość stron: 464
Moja ocena: 6-/6
 
 
Blueberry
 
 

niedziela, 7 października 2012

Keep calm and have a (blog) birthday!+ konkurs

 
Dokładnie rok temu, siódmego października założyłam swojego bloga. Skąd w ogóle wzięłam pomysł na założenie takowego? Dzięki Mery, to ona pokazała mi swojego bloga i przedstawiła wszystkie zalety jego prowadzenia. Od dziecka kocham czytać, dlatego nie zastanawiałam się długo i tak oto powstał "Once upon a time". Dziś nie mogę sobie przypomnieć jak wyglądało moje życie przed jego założeniem. Dzięki niemu poznałam kilka świetnych osób, zapoznałam się z klasyką, zmieniłam swoje gusta czytelnicze, przeczytałam (dzięki wam blogerom), wiele genialnych książek, do których będę wracać jeszcze wiele razy. Mogłabym jeszcze tak wymieniać :) I właśnie z tej okazji pragnę podziękować Wam wszystkim z całego serca, za komentarze, za lekturę tych moich wypocin, a przede wszystkim za to, że wciąż jesteście i będziecie dla mnie wsparciem oraz inspiracją.
 
Oczywiście nie może zabraknąć urodzinowego konkursu :)
 
NAGRODY:
 
 
REGULAMIN
1. Ja jestem organizatorką konkursu, a nagrody pochodzą z mojej prywatnej biblioteczki.
2. W komentarzu należy odpowiedzieć na zadanie konkursowe oraz podać swój e-mail.
3. Na swoim własnym blogu (jeśli się go posiada oczywiście) trzeba wstawić banerek konkursowy.
4. W konkursie mogą brać udział wszyscy bez wyjątku, mieszkający na terenie Polski.
5. Każdy może zgłosić się tylko raz!
6. Konkurs trwa od 7.10 do 1.11
7. Można zgłosić się po obie książki jakie są do wyboru.
 
Banerek, bardzo profesjonalny, bo zrobiony w paintcie, ale ja jeśli chodzi o grafikę komputerową jestem kompletna noga :)
 
 
A zwycięzcę bądź zwycięzców wybiorę z pomocą zadania konkursowego, które brzmi:
 

Jaka jest Twoja ulubiona epoka i dlaczego?

 
Odpowiedź nie musi być wyczerpująca, wystarczy w kilku zdaniach wyjaśnić dlaczego np. epoka wiktoriańskiej Anglii to wasza ulubiona.
 
A ja idę z "Magiczną gondolą" świętować blogowe urodzinki :)
 
 
Blueberry

 
 
 
 

piątek, 28 września 2012

Współczesny świat syren...

 
Syreny to temat nieustannie intrygujący i oryginalny, ponieważ nie znajdziemy na ten temat wiele książek, nie mówiąc już o paranormalach. Syreny ciekawiły mnie od dawna. Pamiętam z jakim utęsknieniem czekałam na nowe sezony serialu "H2O Wystarczy kropla". czy z jaką pasją oddawałam się polerowaniu ogona i czesaniu włosów mojej lalki Arielki. Na basenie czy nad morzem zawsze udawałam syrenę (tzn. usiłowałam naśladować ich charakterystyczny styl pływania). Te zainteresowanie tym tematem pozostało we mnie do dzisiaj. Między innymi dlatego chciałam tak bardzo przeczytać "Syrenę". Czy się zawiodłam, czy może raczej jestem nią zachwycona, przeczytajcie sami.
 
Wszystko zaczęło się od urwiska Chione. Vanessa Sands po raz kolejny próbuje zmierzyć się ze swymi lękami i skoczyć do oceanu. Chce być jak jej starsza siostra Justine, nie obawiać się niczego i ze śmiechem skakać z urwiska jakby była to najzwyklejsza czynność pod słońcem. Jednak po kolejnej, rodzinnej kłótni Justine, znika bez śladu, a następnego dnia ocean wyrzuca jej zwłoki na brzeg. Co się stało? Dlaczego Justine zginęła, przecież wcześniej skakała z urwiska wiele razy? To jednak nie koniec tajemniczych zdarzeń. W miasteczku Winter Harbor następuje seria tragicznych zdarzeń. Na brzeg, w odstępach kilku dni są wyrzucane ciała błogo uśmiechniętych mężczyzn. Vanessa postanawia na własną rękę poprowadzić śledztwo, które zmieni całe jej dotychczasowe życie...
 
"Tajemnicza, pełna grozy, romantyczna"
 
Tak właśnie głosi napis na okładce. Ale zaraz, zaraz czy ta książka aby na pewno jest pełna grozy? Nie, raczej nie. Jestem osobą o słabych nerwach i bujnej wyobraźni, dlatego wszelkiego rodzaju groza jest nie dla mnie. Jednak przy lekturze "Syreny" miałam ochotę się troszkę pobać. I tu niestety spotkał mnie zawód, gdyż grozy w tejże książce nie odnalazłam. Owszem jest romantyczna, tajemnicza po trochu także, i co najważniejsze potrafi wciągnąć czytelnika w zastawione przez siebie sidła, ale grozy to w niej jak na lekarstwo. Choć nie zmienia to faktu, że jest to naprawdę dobry thriller młodzieżowy. 
 
Fabuła jest naprawdę świetna, choć posiada drobny minus, a mianowicie to, że mimo iż książka potrafi wciągnąć, akcja wlecze się niemiłosiernie. Wątek syren pojawia się dopiero po dwusetnej stronie, a cała książka liczy ich 360. Bohaterowie także troszkę psują sprawę. Główna bohaterka niekiedy jest tak irytująca, że ma się ochotę wrzasnąć: Dziewczyno masz 17 lat, dlaczego śpisz przy włączonym świetle i boisz się potworów spod łóżka?! Vanessa Sands jako główna postać nie spełniła moich oczekiwań. Postać Zary i Rainy to chyba te, które spodobały mi się najbardziej, ale cicho sza nie mogę zdradzić dlaczego :) Oczywiście wątek miłosny musiał się pojawić i muszę powiedzieć, że w odróżnieniu od innych paranormali, ten mi w niczym mi nie przeszkadzał, a wręcz kibicowałam Simonowi i Vanessie.
 
Język pani Rayburn jest prosty i przyjemny w odbiorze. Świetna czcionka i cudowna okładka cieszy oko. Miasteczko Winter Harbor tworzy niesamowity klimat, pełen tajemniczości i odrobiny grozy(a jednak ją znalazłam!).Wydarzenia zaskakują na każdym kroku, a tytułowe syreny to nie dobre syrenki z bajek dla dzieci, ale żądne władzy, zemsty kobiety gotowe na wszystko. Dlatego zachęcam do przeczytania tej książka, choćby i dlatego aby spędzić miły wieczór z bardzo miłym towarzystwem w postaci książki i herbatki do kompletu :)
 
Tytuł oryginału: Siren
Autor: Tricia Rayburn
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Ilość stron: 360
Moja ocena: 5-/6
 

Za możliwość poznania tajemnic miasteczka Winter Harbor serdecznie dziękuję:
 
Blueberry